Rynek pracy powinien być lepszy dla wszystkich

Rynek pracy powinien być lepszy dla wszystkich

Rozmowę z Rafałem Wosiem, dziennikarzem i publicystą ekonomicznym, przeprowadził Tadeusz Joniewicz, menedżer projektów w Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Wywiad pochodzi z publikacji „17 wyzwań dla Polski – 17 odpowiedzi. Co firmy w Polsce mogą zrobić dla realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju?”, wydanej przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu w październiku 2018 roku.

Pobierz publikację >>

***

W Polsce rośnie średnie wynagrodzenia – wynosi już prawie 3500 zł netto, ale z drugiej strony najczęściej wypłacane wynagrodzenie to niewiele ponad 1500 zł. Czy zatem w naszym kraju faktycznie mamy rynek pracownika, czy też cały czas nie może on liczyć na godne wynagrodzenie?

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. W Polsce trudno się o tym mówi, bo opowieść o pracy to w pewnym sensie opowieść o polskiej transformacji, o minionych trzydziestu latach. Praca jest fundamentalną sprawą w życiu, a w gospodarce kapitalistycznej szczególnie, bo byt większości ludzi (w społeczeństwie polskim pewnie nawet 90%) od niej zależy. Dotyczy to zarówno fizycznego przetrwania, jak i zrealizowania swoich celów, potrzeb, ambicji.

Nie ma kogoś takiego jak Polak/Polka na rynku pracy, natomiast trzeba próbować znaleźć jakąś formułę żeby nie skończyć banalną opowieścią: „Było ciężko, ale jest coraz lepiej. Małymi kroczkami idziemy do przodu”. To typowa konserwatywna opowieść o tym, że w sumie wszystko idzie ku dobremu, tylko trzeba poczekać, wytrzymać i na pewno dotrzemy do celu. W Polsce to oczekiwanie trwa już bardzo długo i dla zbyt wielu ludzi, dla zbyt
wielu pracowników nic nie zmieniło się na lepsze, a dla bardzo wielu sytuacja się pogorszyła.

Jak zmieniała się sytuacja pracowników w Polsce w ostatnich latach?

Taką analizę polskiego rynku pracy w minionych trzydziestu latach próbuję przeprowadzić w książce „To nie jest kraj dla pracowników”. Pokazuję, jak interes kolejnych grup zawodowych, ale też klasowych (bo to jest zawsze powiązane) był składany na ołtarzu rozwoju kapitalistycznej gospodarki; jak ich bezpieczeństwo socjalne poświęcano w imię budowy efektywności ekonomicznej systemu; jak ich pewność zatrudnienia była składana na ołtarzu elastyczności rynku pracy i tak dalej. To dotyczyło pracowników wielkiego przemysłu, którzy jako pierwsi przeszli te procesy. Zaraz potem bardzo trudny czas nastał dla tych, do których miała należeć przyszłość – polskich protokapitalistów, którzy uwierzyli, że mają „wziąć sprawy w swoje ręce, porzucić ciepłe, ale nudne i bezsensowne posadki w sektorze publicznym” i zostali przedsiębiorcami. Bardzo małej cząstce się to udało. Fortuny, które powstały są dobrze opisane, natomiast o przegranych się milczy. Tymczasem tam dochodziło do reproletaryzacji, wypadnięcia poza nawias społeczny albo utknięcia na etapie bazarowym, gdzie praca jest ciężka, bez żadnych perspektyw i bez nadwyżek finansowych.

Potem dotknęło to pracowników sektora publicznego, którzy w poprzedniej epoce cieszyli się wyższym etosem. W miarę rozwoju polskiego kapitalizmu ich pozycja stawała się coraz słabsza. Kolejnym etapem było zjawisko outsourcingu, które dotknęło głównie najsłabszych pracowników urzędów publicznych – służby sprzątające czy ochroniarskie. Oni „za komuny” byli zatrudnieni na podobnych zasadach jak reszta, tyle że za mniejsze
pieniądze.

I wreszcie najnowsze zjawisko, czyli prekariat – połączenie dosyć dobrego wykształcenia, aspiracji, wysokiego kapitału kulturowego z brakiem satysfakcjonującego miejsca pracy w Polsce. Dla wielu oznaczało to konieczność migracji, a dla wielu – funkcjonowanie w warunkach pozornej wolności, którą daje bycie częścią klasy kreatywnej, ale z całą masą niedostatków.

Ale jest przecież duża grupa osób z dobrą pracą?

Może być też tak, że owszem, pieniądze są satysfakcjonujące, ale pracownik jest zmuszany do takiego szatańskiego paktu: „My ci tutaj dobrze płacimy, ale ty za to poświęcasz całe życie”, albo „My tutaj kupujemy ciebie całego, twoją duszę, tak że nie możesz zaprotestować, nie powinieneś się domagać jakiegoś wpływu, bo to nie jest twoja rola”.

Nowym problemem, coraz częściej sygnalizowanym, jest brak balansu pomiędzy życiem zawodowym a osobistym. Jako ludzie chcielibyśmy – czy wręcz powinniśmy – realizować się na wielu polach, ale tak naprawdę wielu dostrzega, że ich życie sprowadza się albo do pracy, albo do konsumpcji. W to jeszcze próbujemy wtłoczyć rodzinę i tak się szamoczemy w tym trójkącie. Nie ma miejsca natomiast na inne szczytne aspiracje, jak partycypacja
w życiu wspólnoty – politycznej na przykład, czy na hobby, życie duchowe.

W takiej sytuacji najczęściej można usłyszeć, że to decyzja pracownika.

Część osób, prezentująca starszy sposób myślenia, ukształtowany w początkach transformacji, powie że to są wydumane problemy, których nie powinniśmy mieć, bo nas na to nie stać. Mam wrażenie, że jest coraz mniej tego typu spojrzenia, ale wciąż mocno się ono zaznacza. Tymczasem wchodzi nowe podejście, które polega na tym, że więcej się wymaga, więcej chce od życia. To jest, moim zdaniem, zdrowe i staram się to wspierać. Gdy słyszę, że młodzi ludzie są dziś bardziej asertywni wobec pracodawcy, to mam nadzieję, że utrzymają tę postawę, bo powinniśmy działać tak, żeby ten rynek był odrobinę lepszy dla wszystkich. Niekoniecznie dużo lepszy dla jednej grupy, a strasznie zły dla innych, bo to już przerabialiśmy.

Jak można to przełożyć na propozycje działania dla biznesu?

Przede wszystkim trzeba się odzwyczajać od myślenia, że praca jest towarem. Wiem, że to przeświadczenie jest rozpowszechnione, to pozostałość po etapie zachłyśnięcia się przemianami rynkowymi. Wielu fascynowało, że rynek wpełzał w bardzo wiele dziedzin życia, ale on w międzyczasie się za bardzo rozpanoszył.

Rynek świetnie reguluje handel wieloma towarami, konsumpcyjnymi na przykład, ale praca jest towarem wyjątkowym, ponieważ jest sposobem organizowania swojego życia, nadawania mu sensu oraz zdobywania różnego rodzaju kapitału i statusu. Myślmy jako o towarze o maszynach, produktach, marketingu, ale nie o pracy.

Ale czym w takim razie jest praca?

Do mnie przemawia koncepcja bardzo dobrego prawnika, specjalisty od prawa pracy, profesora Arkadiusza Sobczyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego. On stoi na stanowisku, że organizacja rynku pracy to jedno z zadań szeroko rozumianego państwa. Państwo, obok wielu innych zadań, jakie ma, musi też zorganizować życie wspólnoty tak, żeby ludzie – jej członkowie – się nie pozabijali.

To powinno być tak zorganizowane żeby ludzie pracowali, a jednocześnie przez to zdobywali różnego rodzaju kapitały. Żeby jedni chcieli zatrudniać, a drudzy dawali się zatrudniać. Nie oznacza to, że państwo musi być pracodawcą. Była próba tego w socjalizmie i to się nie powiodło. W zachodnim kapitalizmie jest więc tak, że robią to i podmioty publiczne, i sektor prywatny. Pracodawca prywatny działa w interesie państwa. Państwo mu umożliwia rozwój nie po to, żeby on się dorobił w sposób indywidualny, żeby sobie kupił samochód, dom i tak dalej, tylko żeby zorganizował życie państwa w pewnym obszarze. Państwo buduje mu drogi, podciąga media, organizuje instytucje i porządek prawny, żeby on przejął część odpowiedzialności za ludzi.

Jeśli tak to zrozumiemy, to dużo trudniej trafić w tę pułapkę, w którą wpadało bardzo wielu polskich przedsiębiorców w latach dziewięćdziesiątych. Uważali oni, że skoro zatrudnili pracownika, to jest on ich własnością. Wielu przedsiębiorców nadal rozumuje w takich kategoriach. Tymczasem taka umowa, w której państwo umawia się z pracodawcą, jest też dla niego nobilitująca. On przestaje być „wyzyskiwaczem”, jak to określa lewicowa krytyka.

Zaczyna współtworzyć państwo…

Tak, jest współtwórcą wielkiego dobra i spoczywa na nim wielki obowiązek wobec wspólnoty, której jest częścią. To obowiązek, ale też powód do dumy. Wtedy państwo i świat polityki może w przedsiębiorcach widzieć partnera. To jest wspólna gra, realizujemy jeden cel, którym jest zorganizowanie dobrego miejsca pracy tu i teraz.

Czy takie idealistyczne podejście wystarczy?

Możemy też posłużyć się argumentem popytowym, odwołującym się do słynnego stwierdzenia Henry’ego Forda, że „to nie samochody kupują samochody, tylko ludzie kupują samochody”. Do tego nawiązuje znane stwierdzenie Michała Kaleckiego, które jest bardzo ważne, że pracownicy wydają tyle, ile zarabiają. Natomiast przedsiębiorca zarabia tyle, ile wydaje. Bo w dłuższym okresie od tego, ile on wyda na swoich pracowników, zależy koniunktura w całej branży, a szerzej – w całym społeczeństwie. I w ten sposób pracodawca, płacąc i stwarzając dobre warunki pracy, współtworzy koniunkturę, której na końcu jest beneficjentem. Tu znowu potrzebny jest jakiś regulator, bo ktoś musi wskazać te dobre praktyki i dobry cel, żeby wszyscy ruszyli mniej więcej w tym samym kierunku.

Warto dodać, że w Polsce jest jeden z najniższych poziomów udziału płac w PKB, czyli tego najpopularniejszego sposobu mierzenia tego, ile rozwoju gospodarczego przypada na pracowników. I on też w ostatnim trzydziestoleciu, w porównaniu do innych zachodnich krajów, spadł najmocniej.

Pozostaje pytanie, czy w Polsce jest pole do takiej zmiany myślenia.

Po rozmowach z różnymi przedsiębiorcami dostrzegam takie pole. Oni też żyją w społeczeństwie, też śledzą debaty i widzą, co się dzieje. Na przykład pewien przedsiębiorca przyszedł na spotkanie ze mną i powiedział, że kupił książkę, bo chciałby wiedzieć, co myślą jego pracownicy. Widzę taką gotowość i bardzo ją cenię, bo pokazuje, że może jeszcze nie wszystko jest stracone i jakoś można rozmawiać.