Odpowiedzialny biznes w międzywojennej Warszawie

Odpowiedzialny biznes w międzywojennej Warszawie

Artykuł Piotra Wierzbickiego, warszawskiego przewodnika, pochodzi z publikacji „Odpowiedzialny biznes w Polsce 2018. Dobre praktyki” wydanej przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu w marcu 2019 roku.

Pobierz raport>>>

Bracia Pakulscy; Bracia Jabłkowscy; Herse; Hiszpański; Wedel; Haberbusch & Schiele; Norblin; Schicht; Dobrolin; Lilpop, Rau & Loewenstein – nazwy firm i nazwiska właścicieli, które czasem nam coś mówią, częściej jednak niewiele lub absolutnie nic. Należały do codzienności lat 20. i 30. naszych warszawskich dziadków i pradziadków. Korzenie większości renomowanych firm stolicy sięgały wieku XIX. Na liderów przedwojennego warszawskiego przemysłu, handlu i usług w okresie PRL-u wylano hektolitry pomyj, w najlepszym razie ich działalność pomijano milczeniem. Zresztą nie tylko na liderów, bo przecież właściwie każdy „prywaciarz” nazywany był krwiopijcą, burżujem i wyzyskiwaczem. Prawda była jednak o wiele bardziej skomplikowana niż czarno-biały świat kreowany przez subtelną niczym walec drogowy propagandę komunistów. Oczywiście w biednym kraju, którego państwowość z trudem sklejano z trzech różnych części, problemów społecznych nie brakowało. Przybrały one jeszcze na sile w okresie światowego wielkiego kryzysu. Trzeba jednak pamiętać, że polityka wewnętrzna wielu firm powodowała, że przynajmniej na własnym gruncie udawało się łagodzić trudną sytuację ludzi w owych firmach zatrudnionych. Swoisty etos pracy sprawiał, że w niektórych przedsiębiorstwach kształtowała się atmosfera prawie rodzinna, co skutkowało zresztą lojalnością pracowników i ich utożsamianiem się z daną marką. Nie bez przyczyny garstka robotników firmy Wedel narażała własne zdrowie i życie, broniąc w 1945 roku przed szabrownikami swój zakład (choć przecież w sensie dosłownym fabryka nie była ich). Ową politykę wewnętrzną postaram się przybliżyć na dwóch wybranych przykładach bardzo znanych firm z dość odległych branż.

Przerwa obiadowa. Na tarasie ekspedientki wystawiają twarze do słońca. Podchodzi pan Zbigniew Jabłkowski i zaprasza na spotkanie sekcji wioślarskiej. Następnego dnia spotykają się o świcie na przystani na Wiśle. Wsiadają w kajaki, a motorówki ciągną je aż do Świdra. Stamtąd cały dzień wiosłowania do Warszawy. Członkowie sekcji tenisa mają zajęcia na Agrykoli, sekcji kolarskiej – rowerowe wycieczki po okolicy, a turystycznej – dłuższe wypady w góry.
(„Sześć pięter luksusu”, Cezary Łazarewicz)

Z takich sportowych udogodnień można było korzystać, będąc jednym z 650 pracowników warszawskiego Domu Towarowego Braci Jabłkowskich na Brackiej (filia w Wilnie w 1939 roku zatrudniała 120 osób). Prospołeczne podejście nasilało się od 1931 roku, gdy szefem przedsiębiorstwa został Feliks Jabłkowski. O postawie braci wiele mówi to, co zachowało się we wspomnieniach ludzi tam zatrudnionych: Wychowywali nas od podstaw. Nawet w stołówce pokazywali, jak zachować się przy stole, bo do pracy trafi ała młodzież nieoszlifowana (Eugenia Wagińska). Jabłkowszczaki to była wtedy marka. Nie pomiatali ludźmi, byli kulturalni, sympatyczni i każdy chciał u nich pracować (Ryszard Modro).

Posada w Zjednoczonych Browarach Warszawskich „Haberbusch & Schiele” musiała być ceniona tak samo jak u Jabłkowskich, nie tylko ze względu na stosunkowo wysokie zarobki, ale też dzięki prospołecznej polityce Zarządu. W latach 30. załoga mogła korzystać z łaźni, stołówki, ambulatorium, apteki, kasy zapomogowej, żłobka, przedszkola, biblioteki oraz wczasowiska w Jabłonnie. Zatrudnienie w latach 20. wahało się w granicach 560 pracowników. Do 1930 roku na skutek kryzysu zmniejszono je do 460 osób. W ciężkich latach starano się zapewnić pracę w pełnym wymiarze pracownikom utrzymującym rodziny, a przynajmniej w ograniczonym pozostałym (cztery dni w tygodniu dla żonatych, trzy dni dla kawalerów). Przedstawicielstwem załogi była wybierana przez nią rada zakładowa. W okresie międzywojennym zanotowano tu jeden strajk, z tym że jako solidarnościowy z załogami innych zakładów pracy – nie dotyczył on bezpośrednio sytuacji w browarze.

Dzięki Edwardowi Schiele zachowała się ciekawa anegdota dotycząca jego ojca, członka Zarządu spółki: Zaczęło lać. Cały byłem mokry. Na ulicy spotkaliśmy zaprzężony w perszerony ciężarowy wóz browaru. Niania zatrzymała go. Wskazała na mnie, mówiąc, że jestem synem dyrektora. Poprosiła, by woźnica zawrócił i zabrał nas do domu. Woźnica, przeprasza. Wóz po brzegi załadowany jest towarem. Przepisy nie pozwalają na przewóz osób. (…) W domu oburzenie na postępek woźnicy. Następnego dnia wraca ojciec i mówi: „Rozmawiałem z woźnicą. Przyznałem mu podwyżkę o 10 złotych i awans”.

Postawa właścicieli i członków zarządów poszczególnych firm była oczywiście zróżnicowana, nie zawsze tak roztropna i serdeczna. Warto jednak pamiętać o tych najcieplej wspominanych osobach i markach, szczególnie że na drodze ich rozwoju stanęła polityka, przez którą należą dziś do przeszłości.