Wściekłe psy stróżujące

Artykuł Miry Suchodolskiej zdobył wyróżnienie w konkursie „Pióro odpowiedzialności” za ciekawe rozmowy pokazujące, jak i po co się angażować na rzecz idei przejrzystości dla dobra społeczności lokalne. Tekst pt. „Wściekłe psy stróżujące” pierwotnie ukazał się w Dzienniku Gazeta Prawna 26 lutego 2016. roku.

***

Mieszkają w niewielkich miejscowościach. Nie są szczególnie agresywną ale szczekają głośno, bywa, że gryzą. Są utrapieniem dla lokalnej władzy, bo patrzą jej na ręce. Sieć Obywatelska Watchdog.

Nikt ich nie lubi – ani prawa, ani lewa strona. Środek też nieszczególnie. Ba, są solą w oku Andrzeja Rzeplińskiego, prezesa Trybunału Konstytucyjnego, który nie chciał ujawnić kwot wyna­grodzeń na umowach zawie­ranych przez TK z osobami fizycznymi. Prze­grał z nimi pod koniec zeszłego roku sprawę przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Warszawie. I wniósł skargę kasacyjną do NSA.

Psy na początku lutego rozjuszyły też po­słankę PiS Krystynę Pawlowicz. Kiedy ujawniły rachunek za obiad, jaki zjadł prezes Jarosław Kaczyński z Viktorem Orbânem i domagały się odpowiedzi na kilka innych pytań (m.in. dotyczących przebiegu spotkania) napisała na swoim profilu facebookowym: „CO to jest jakaś bezczelna «sieć obywatelska WATCHDOG«? KTO daje im zlecenia na prawicę? KTO FINANSU­JE? Gdzie te »PSY« spały przez ostatnie 8 lat?”. Psy odpowiedziały natychmiast, podając swoich partnerów (jest ich wielu, m.in. Cen­trum Edukacji Obywatelskiej, Helsińska Fun­dacja Praw Człowieka, Fundacja Court Watch Polska, Fundacja im. Stefana Batorego, Fun­dacja im. Heinricha Bólla, Stowarzyszenie Homo Faber, Polskie Stowarzyszenie Inwe­storów Kapitałowych, Ashoka, Forum Społe­czeństwa Obywatelskiego Unii Europejskiej i Rosji) oraz udostępniając linki do dokumen­tów finansowych (nie biorą pieniędzy od in­stytucji publicznych, utrzymują się z grantów i darowizn).

Zrobiło się o nich głośno, pokazały ich media, a na konto „psów stróżujących” zaczęły wpływać datki od zwyczajnych ludzi. Padio wiele mądrych i ważnych słów o tym, że władza powinna działać w interesie obywateli. Że ci mają prawo wiedzieć, jakie decyzje po­dejmuje i dlaczego. W jaki sposób wydaje ich pieniądze. Słowo „transparentność” pojawiło się kilka tysięcy razy. Co z tego? Choć Watch­dog Polska jest organizacją apolityczną, spra­wa zrobiła się polityczna. Jak wszystko u nas. Każdy wie swoje, choć nie ma pojęcia. Chyba że mieszka w pipidówie, którą trudno znaleźć na mapie. I ma wśród swoich znajomych psa, który węszy i stróżuje w jego imieniu.

Mnie z nimi zetknął los. Dwa ostatnie weekendy spędziłam w tym towarzystwie na szkoleniu. Podczas którego opowiadałam im o dziennikarstwie. Uczyłam, jak pisać, żeby lu­dzie przeczytali i zrozumieli. A oni opowiadali mi swoje historie. Skąd się w tym watchdogo-waniu wzięli. Chętnie podzieliłabym się nimi wszystkimi – dziejami społecznikowskiego życia dwudziestu narwanych idealistów, któ­rych poznałam. Ale muszę się ograniczyć do kilku, bo – jak to się mówi w naszym fachu – gazeta nie jest z gumy. Będzie tak, jak mi relacjonowali swoje historie. Bez komentarzy mądrych profesorów, analiz i podsumowań. Tylko jedna uwaga: wszyscy moi rozmówcy swoją działalność społeczną zaczęli od tego, że lokalna władza naruszyła ich prywatne inte­resy. Zaczęli o nie walczyć, a potem już poszło samo: złapali bakcyla. I zaczęli nim zarażać.

Katarzyna Okuniewska

Idealistka, lat 53, Stare Lipiny, okolice Woło­mina. Zadbana, wygadana, ładnie się uśmie­cha. Brunetka. O swoich poglądach politycz­nych: „Trochę anarchizuję. W tym sensie, że mi się żadna władza nie podoba. Ja uważam, że władza, to służba, więc niektórym – OK, większości – przeszkadzam”.

Katarzyna do 2014 r. żyła jak wszyscy. Głów­nie życiem domowym. Mąż, dzieci. Pobudo­wali się w Starych Lipinach, prowadzili inte­res. Obok dogorywało wysypisko śmieci. Tak przynajmniej myśleli, bo zgodnie z wszelki­mi planami tudzież deklaracjami lokalnych władz miało zostać zamknięte i rekultywo­wane. Wiosną 2015 r. zaczęły do nich docierać niepokojące wieści: na sesji rady miasta ma zostać uchwalony plan zagospodarowania dla terenu składowiska. Zamiast rekultywować wysypisko, mają tam – na częściowo zalewo­wym terenie – wybudować instalację do prze­rabiania odpadów. – Okazało się, że samorząd dysponuje decyzją środowiskową pozyskaną bez wymaganych prawem konsultacji społecz­nych – opowiada Katarzyna. Wiadomo, wszy­scy wytwarzamy odpady, trzeba coś z nimi zrobić. W tym przypadku oznaczało to, że za płotem ich domów powstaną silosy, w któ­rych te śmieci będzie się suszyć. A jak będą za szybko schły, to trzeba je będzie polewać gnojówką, która z nich wycieka. Smród? Tak. Spadek wartości ziemi? Oczywiście. W dodat­ku wszystko zrobione za plecami ludzi.

Katarzyna zaczęła się bić. Zgromadziła lu­dzi, którzy podobnie jak ona byli zaniepokojeni i niezadowoleni. Ale lokalna władza nie chciała z nimi gadać. Brała na przetrzymanie. Powołali więc stowarzyszenie Zielony Woło­min. Były marsze, protesty, ulotki.

Samorząd miał to w nosie. Budowali, budo­wali, nawet nocą. Koszt 14,5 min zł. Wszystko z kredytów – Funduszu Ochrony Środowiska oraz bankowych. Więc znów protesty i marsze. W odpowiedzi pozew sądowy od samorządu:

0 120 tyś. zł. za plamę na honorze. Wiele osób się przestraszyło, wycofało.

30 marca ma zapaść wyrok w sprawie unie­ważnienia decyzji środowiskowej. Wszystko wskazuje na to, że wygrają, ale i tak zwyczaj­ni ludzie zapłacą za tamte chybione decyzje władz lokalnych. Bo kredyty trzeba spłacić, a śmieci wywozić.

Bycie psem oznacza, że każdy może kopnąć. Na Katarzynę także szukano haków. Była po­uczana przez dzielnicowego, że jeśli spotkają się ze znajomymi w więcej niż w dziesięć osób, mają zgłaszać zgromadzenie. Samorząd z pu­blicznych pieniędzy opłacał artykuły i ulotki, dyskredytujące ich w oczach mieszkańców, zarzucano im kłamstwa, że chcą prze­jąć grunty pod deweloperkę. I jesz­cze, że są politycznie uwikłani i ktoś nimi steruje.

Katarzyna jest admi­nistratorem platformy      . Forum Samorządowe Wołomin, gdzie mieszkańcy dzielą się wiadomościami  i debatują.  Udało się zmusić lo­kalne władze stworzenia na stronie BIP urzę­du centralnego re­jestru umów, które zawierane są z podwy­konawcami. Coraz więcej dokumentów tam jest, nie sposób wszystkich przeczy­tać. Ale są. I w każdym momen­cie można powiedzieć: sprawdzam

Piotr Kodzis

Okolice Sejn, informatyk. Duży, postawny mężczyzna w średnim wieku. Flegmatycz-ny, wyluzowany. Opowiada o sobie: „Przez całe życie pracowałem w korpo, w War­szawie, ale marzyłem o życiu na zadupiu, co się ziściło. Pięć lat temu przeprowadzi­łem się w okolice Sejn, bo dostałem robotę w amerykańskiej firmie, którą mogę wyko­nywać zdalnie, z domu. Nigdy wcześniej nie byłem społecznie zaangażowany, robiłem na siebie. Po przeprowadzce także, przez dwa lata cieszyłem się spokojem i przyro­dą. Mój spokój zakłóciła informacja: będą mi stawiać farmę wiatrakową koło domu. Nie miałem pojęcia, z czym to się je. Po­stanowiłem zapytać”.

Piotr opowiada, że pojechał do urzędu gminy w Krasnopolu, żeby się czegoś więcej

od gospodarki przestrzennej. Kpili. Zalewali urzędniczym bełkotem. Jak dziś ocenia, mie­li niezły ubaw z gościa, który się na niczym nie zna. – I w ten sposób wygenerowali so­bie problem w postaci mojej osoby – mówi Kodzis i przyznaje, że się wkurzył. Gdyby go potraktowali normalnie, wytłumaczyli, nie byłoby pewnie sprawy. Wróciłby do swojego samotniczego życia. A tak zaczął się interesować. I zobaczył urzędniczą mafię, nepotyzm, korupcję.

Opowiada: większości spraw nie udaje się załatwić, bo wali się głową w ścianę. Proku­ratura umarza. Jak w tym przypadku: dy­rektor ośrodka kultury podpisywała się za męża sołtysa, który nie miał czasu przycho­dzić na sesje rady gminy. Ale każda podpi­sana obecność oznaczała dietę. Prokuratura warunkowo umorzyła postępowanie, pani nie została ukarana nawet najmniejszym mandatem. Albo inny kwiatek: wójt pod­pisywał kwity w urzędzie pracy za swoje­go znajomka. Który chciał pobierać zasiłek dla bezrobotnych, choć w tym czasie praco­wał w Stanach. To samo: niska szkodliwość społeczna. – Rolnik, który walczył w sądzie o prawo pierwokupu dzierżawionego przez siebie od dziesięć lat pola, wygrał tyle, że

policja przez dwa tygodnie prowadziła pod jego domem – na totalnym zadupiu, gdzie prawie nikt nie jeździ – akcję trzeźwość. A że facet jest niemal abstynentem i nie udało się go dopaść, to znaleziono inny sposób. Chyba dziesięć instytucji kontrolowało jego gospo­darstwo, wreszcie udało się znaleźć haka: za­mknęli mu możliwość produkowania mleka, które okazało się nagle trujące – opowiada Piotr. I komentuje, że w Polsce lokalnej to jest – znany z filmu – układ zamknięty. Nie można go obejść ani przeskoczyć. Można się podporządkować albo polec. – Mąż pani prokurator okręgowej w Suwałkach jest radcą prawnym pracującym dla wielu sejneńskich giinu. i już. me muszę Komentować – śmieje się Kodzis.

On ma o tyle dobrą sytuację, że nie jest ni­jak zależny od lokalnych władz. Pracodawca w Teksasie. Nie ma rodziny. Mogą mu sko­czyć. Z własnej kasy wydaje gazetę „Znad Marychy”: każde gospodarstwo ją dostaje do skrzynki. – Jak napiszę, że X jest gnojem, to dowiedzą się o tym wszyscy w okolicy. Więc władza musi się ze mną liczyć – chichocze Piotr. Ale zaraz poważnieje. Bo on może so­bie pozwolić na niezależność: ma środki do życia, nie musi się martwić o żonę i dzie­ci. Ale jego przyjaciele owszem. Jemu lata, kiedy go wyzywają: był już żydem, pedałem, gwałcicielem, tajnym agentem CRU, pedofi­lem… Jeśli o czymś zapomniał, to przeprasza. Może być jeszcze platfusem i pisiorem jedno­cześnie. – Ale w takich miejscowościach jak moja, gdzie głównym pracodawcą jest gmina, a każda posada jest na wagę złota, ludzkie kręgosłupy miękną. I ja tych ludzi nie oce­niam – mówi. To samo dzieje się w dużych miastach, na o wiele większą skalę. Jednak tam tego nie widać, bo ludzie się nie znają. I wiele spraw wsiąka w piach.

– To, co mi się udało, to przekonanie na gminnych władzach prowadzenia ogólnie do­stępnego rejestru umów. Od ponad trzech lat udaje się także skutecznie blokować plany budowania farm wiatrowych na Sejneńszczyźnie. Za to mnie nienawidzą. I z tego je­stem dumny – puszcza oko Piotr Kodzis.

Monika Bienias

Ma tyle lat, co wszyscy, czyli około 40. Ksywa „Rolniczka”, choć z wykształcenia jest han­dlowcem. Mieszkanka Czubajowizny, wio­chy przy dziurawej, nieoświetlonej drodze, w której zarejestrowano 120 obywateli o bier­nych prawach wyborczych. Razem z dziećmi i resztą towarzystwa nie będzie więcej niż 160 osób. Mieszka tam od 19 lat, ale urodzi­ła się w sąsiedniej gminie. A jej dziadek był pierwszym powojennym wójtem w jej wsi, więc czuje się zakorzeniona. Ma męża, złotą rączkę, którego wszyscy szanują i potrzebują. Oraz dwie córki: 18 i 9 lat. Zażywna, kontak­towa, uśmiechnięta.

Zanim się wdała w awanturę z watchdoga-mi, była przede wszystkim mamą i żoną. Dba­ła o dom. Dzieci. Gospodarstwo. Na wojenną ścieżkę weszła przez przypadek. Zaintereso­wała się lokalną sprawą: fundusz sołecki jej wsi został rozdysponowany na zebraniu, któ­rego nie było. Jak to? Zaczęła drążyć. Szukać. Googlować. Znalazła linka do Stowarzyszenia Lokalnych Liderów Grup Obywatelskich, bo tak się początkowo nazywała watchdogowska inicjatywa (i nikt nie był w stanie zapamiętać tej nazwy). Napisała, odpowiedzieli, poradzi­li, zaangażowała się. – To nie jest tak, że lu­dzie w małych społecznościach mają wszystko w nosie. Przeciwnie, są bardzo zainteresowa­ni, ale boją się wychylić – opowiada Monika. Burzą się, sarkają, plotkują. Nic nie robią, bo się boją. W dodatku nie mają świadomości swoich praw. Nie wiedzą, co im się należy. Można im wszystko wmówić. A lokalni ka­cykowie utwierdzają ich w tej bezradności. – Mówią: dajemy, więc macie z wdzięcznością brać – wzdycha Monika.

Tak było z budową placu zabaw w jej wiosce. Powstał. Za 110 tyś. zł. Niemal w środku lasu. Wypasiony, kolorowy. Zupełnie bez sensu. Nikt tam nie chodzi, z wyjątkiem dwóch łosi, które przerwały płot.

– Od nas jest wszędzie daleko. Dzieciaki trzeba wozić do szkoły, rodzice muszą jeździć do roboty, a babcie gotują w tym czasie obiady. A plac zabaw tęskni za łosiami – ironizuje Monika. Zaczęła się bić o to, żeby lokalny samorząd wziął na poważnie potrzeby mieszkańców. Za 110 tyś. zł. można by wyremontować kawałek dziurawej drogi. Albo przynajmniej oświetlić te dziury. Nie.

Za swoją dociekliwość została ukarana. Ktoś, ciekawe kto, wysłał anonim do proku­ratury informujący, że niejaka Monika Bie­nias prowadza się z mężczyznami, nadużywa alkoholu, zaniedbuje dom i dzieci. Które są tak wygłodniałe, że kradną innym w szko­le kanapki. – Miałam wizytę kuratora, któ­ry przyszedł to sprawdzić – zżyma, się moja rozmówczyni. Nie ma pretensji: dobro dzieci przede wszystkim. Podobną wizytę miała jej znajoma – także zaangażowana w stróżowa­nie. Tyle że ją odwiedziła opieka społeczna.

– Mam przykrą wiadomość: nie jestem za­straszona. Chodzę na sesje rady gminy, filmu­ję, wrzucam do sieci. Ja i moi współmieszkań­cy mamy prawo wiedzieć – kwituje Bienias. To Monice i jej przyjaciołom nie przychodzi łatwo. Każdy niemal dokument, którego jaw­ność wywalczyli, musiał przejść przez kilka administracyjno-sądowych instancji. Pozew, wyrok, odwołanie, wyrok. Wcale jej nie dziwi, że w niektórych kręgach są traktowani ni­czym wrzód na pośladku. Gdyby siedzieli ci­cho, byłoby prościej. Ale opłaca się, mają wiele sukcesów. Udało się im na przykład zmusić samorząd do zrobienia zakładki w BIP, gdzie udostępniają dokumenty wytworzone przez komisję ds. rozwiązywania problemów alko­holowych – tzw. korkowe. Wprawdzie jeszcze nic z tego nie wynika, ale dajmy sobie trochę czasu. Kolejne zwycięstwo: zebrania w wio­skach teraz się faktycznie odbywają. Moni­ka ma nadzieję, że dzięki takim działaniom nawet radni, którzy przysypiają na sesjach, pewnego dnia się obudzą. Coś zrozumieją, l zaczną mieć swoje zdanie.

Krzysztof Bereta

Po czterdziestce, przystojniak z długimi wło­sami, samoswój, zdystansowany. Mieszkaniec Margonina. Urodzony w Wałczu, kształcony technicznie w Krakowie, co mu dało okazję swojego czasu do nawalania się z Milicją Oby­watelską. I taka niepokorna postawa mu po­została do dziś.

– Mnie się generalnie nie chce, ale jak coś mnie zirytuje, jak ktoś kogoś w moim oto­czeniu albo mnie próbuje wyruchać, to się angażuję – składa deklarację Krzysztof. W swoim życiu wykonywał różne zawody, nie lubi się nudzić. Robił jako techniczny nurek, prowa­dził ciężarówkę, a w 1998 r. wy­lądował wraz ze swoją żoną, kgermanistką, w Margoninie. Nie, żeby się od razu zaan­gażował, generalnie miał wszystko – jak większość ludzi – w rzyci. Urucho­mił się dopiero, jak opowiada, w 2006 r., kiedy po jego gminie zaczęli krążyć akwi-zytorzy od firm wia-tracznych. Podobnie jak to było w przy­padku Kodzisa.

Zaczął chodzić na sesje miejskiej rady – jako jedy­ny mieszkaniec. Nie miał daleko, to prawda, 50 me­trów, można sko­czyć w kapciach. Ale chodził, l obser­wował. Zauważył, że te głosowania to ście­rna. Co innego gadali na komisjach, co innego przegłosowywali. l jesz­cze jedno go zirytowało: samorządowcy, zamiast dbać o interesy mieszkań­ców, zaangażowali się w sta­wianie wiatraków. Kombinowa­li, jakby tu skłócić ludzi, utajnić umowy i stawki, jakie proponowali za zgodę na postawienie tych insta­lacji. Zapewniali, że to inwestycje na cel publiczny, ale fermę na 130 wiatraków podzielili na etapy, żeby wojewoda się do niej nie dobrał z kontrolą.

Krzysztof zaczął kopać w dokumentach. I dokopywał się interesujących rzeczy. Na przykład takich, że samorządowcy w weso­łych autobusach jeździli do Niemiec, do firmy, która była zainteresowana stawianiem wia­traków koło jego domu. l jeszcze, że choć obie­cywała inwestycje, remonty dróg, to niewiele zrobiła. – Taka gminna targowica – podsumowuje Krzysztof. Dogadują się: „ty mi puść dwie lampy, to ja ci puszczę plac zabaw”. Su­che lodowisko zasponsorowane przez wiatraki wymaga nakładów gminnych na utrzymanie, choć mało kto na nie zagląda.

A tymczasem wśród mieszkańców są tacy, którzy potrzebują pomocy. Jak samotny oj­ciec z gromadką dzieci, które nie miały jak się dostać do drogi, aby dojść do szkoły. Bo woda i błoto. Cumofilce to mało na taki tor przeszkód. Była zadyma. Krzysztof mówi, że jego samego by to wszystko nieszczególnie ruszało, ale przykro mu, bo dostaje się także jego żonie. Nauczycielce, społeczniczce, któ­ra działa na rzecz dzieci. Założyła stowarzy­szenie, ale wywalili je z miejscowego domu kultury. Na szczęście pewien przedsiębiorca ich przytulił. I mogli zrobić imprezę, na której zbierali pieniądze dla dziewczynki z chorobą genetyczną.

O Krzysztofie mówią: świr, bereciarz. Zady-miarz. Warchoł. Ma w sądzie administracyj­nym bodaj dziesięć spraw: domaga się m.in. ujawnienia wysokości nagród i premii dla urzędników. Oraz treści umów na zadania publiczne. – Napędza mnie adrenalina – przy­znaje Krzysztof, l opowiada o zjeżdżalni wod­nej zakupionej dla mieszkańców miasta, która miała być nówką sztuką, a okazała się wybra-kiem zwróconym producentowi przez Gruzi­nów, l o motorówce za 98 tyś. zł sprzedanej za połowę wartości na Allegro. I o utajnionych zeznaniach podatkowych za wiatraki. – Jeszcze mam siłę, więc się nie poddaję. A wiem, że to dopiero początek drogi – deklaruje Krzysztof.

Iwona Krepie

Mieszkanka wsi Kopice (jakieś 150 głów) w Zachodniopomorskiem. Absolwentka ochrony środowiska, chemik po Politechnice Szcze­cińskiej. Mąż górnik z Jastrzębia-Zdroju, przekwalifikował się na drukarza. Do Kopie sprowadzili się osiem lat temu. Dwa lata na­pawali się pięknymi okolicznościami przyrody i spokojem, ale mieszkańcy wioski poprosili Iwonę, żeby została sołtysem. Zgodziła się, choć nie miała pojęcia, z czym się to wiąże. Ale zaczęła się uczyć przepisów, chodzić na sesje rady gminnej, dociekać, kombinować, skąd wziąć środki finansowe dla swojej wioski. Bo, jak mówi, jeśli ma coś robić, to porządnie.

Jakoś szło, do momentu, kiedy wójt gminy Stepnica, do której należą, wpadł na pomysł, aby ze wsi Stepnica zrobić miasto. I ogłosił na zebraniu 16 sołtysów konsultacje społecz­ne, zresztą wymagane prawem. Ale były to szczególne konsultacje, gdyż miały polegać na tym, że każdy mieszkaniec gminy miał się wypowiedzieć imiennie. Sołtysi mieli roz­dawać karty do głosowania i je potem zbie­rać, a ludzie głosować: jestem za albo przeciw miastu. Imię, nazwisko, podpis. – Ja i jeszcze jeden sołtys uznaliśmy, że to jest wbrew kon­stytucji. Nie można wymagać od ludzi, żeby głosując, ujawniali swoje dane – wspomina Iwona. Ale i tak głosowanie zostało przepro­wadzone na zasadach wójta. Stepnica stała się miastem. Niby mało ważna sprawa, ale nie do końca. Przede wszystkim chodzi o zasady. Na przykład o konstytucję. I prawa obywatelskie, czego wójt, emerytowany pułkownik WOP, nie rozumiał. No i jeszcze o to, że niektórzy mieszkańcy zostali przez tak przeprowadzo­ne konsultacje i wynikające z nich decyzje poszkodowani. Jak Maria, właścicielka go­spodarstwa agroturystycznego, instruktor­ka jazdy konnej i specjalistka od hipoterapii. Straciła możliwość zarobkowania, bo w mie­ście nie można mieć agroturystyki – co się samo przez się rozumie. – Cztery lata trwa­ła walka. Angażowaliśmy różne instytucje, od rzecznika praw obywatelskich, poprzez CIODO, na sądach administracyjnych koń­cząc – opowiada Iwona.

Wreszcie zapadł wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego, który orzekł, iż żądanie od obywateli, aby się podpisywali pod głosowa­niem w sprawach publicznych z imienia i na­zwiska, jest niedopuszczalne. To orzeczenie ma wydźwięk nie tylko lokalny, ale i ogólno­polski. Prawo Marii – bo tak zostało to nazwa­ne w mediach – będzie obowiązywało. – Cieszę się także, bo nawet lokalne media, sponsoro­wane przez samorządy, przestały na nas na­padać, wyzywać od oszołomów i debili. Może­my normalnie z nimi rozmawiać – opowiada Iwona Krepie. Ale to nie znaczy, że nadszedł czas spokoju. Raz, że trzeba napisać pozew do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, żeby Maria, która utraciła zdolność zarobko­wania, dostała jakieś odszkodowanie. Dwa, że na terenie ich gminy jest jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. Na przykład ta związana z azbestowymi rurami wodociągu gminnego (30 km, a wiemy, jak szkodliwy jest azbest). I jeszcze te bakterie, enterokoki, w wodzie. Jest się czym zajmować, o co walczyć.

Straty? Iwona nie zauważyła. Więcej jest korzyści. Na przykład zaufanie ludzi. I jeszcze to, że założyli z mieszkańcami organizację tu­rystyczną, która, choć odcięta od gminnych funduszy, weszła w skład świetnej inicjaty­wy – Rewilding Europę. To dziesięć miejsc na Starym Kontynencie, wartościowych pod względem przyrodniczym i krajobrazowym, połączonych wspólnym planem: aby wspierać ochronę środowiska i turystykę zarazem. – Te­raz Europa przyjeżdża do nas. I pilnuje, żeby na naszym terenie, objętym planem Natura 2000, gdzie mamy ptasie lęgowiska – bieliki, kanie, orliki – tych strasznych farm wiatro­wych nam nie postawili – opowiada Iwona.

Farmy wiatrowe to osobny temat. Pewnie jeszcze o nich napiszę. Na razie zostańmy przy psach. Ktoś może nazwać je kundlami, ale jestem pewna, że się nie obrażą. Kundle są wierne. Czujne. Silne. I nie przestaną stróżo­wać. Nawet jak ich miska będzie pusta.

Mira Suchodolska