Artykuł ekspercki

Świat utkany z poliestru

29 maja 2020
Artykuł Joanny Bojańczyk zdobył wyróżnienie w 10. edycji konkursu ,,Pióro odpowiedzialności" w kategorii tematycznej ,,odpowiedzialna konsumpcja i produkcja". Tekst zatytułowany „Świat utkany z poliestru” ukazał się pierwotnie w Rzeczpospolitej Plus Minus, 5-6.10.2019.

Słowa „zrównoważony rozwój, slow fashion” stały się chwytliwymi sloganami reklamowymi. Przemysł produkuje coraz więcej ubrań. Tego,co dzieje się z używanymi, wolimy nie wiedzieć.
A to coraz większy problem. Niewykluczone, że niedługo kupując nową rzecz trzeba będzie zapłacić za jej utylizację.

Charytatywna organizacja Oxfam rozpoczyna we wrześniu kampanię mającą zachęcać konsumentów do niekupowania nowych ubrań. „Nośmy te, które już mamy, naprawiajmy, cerujmy” mówi Oxfam. A jeśli już kupować, to używane.

Apel szlachetny w czasach rozpasanego konsumizmu, lecz w polskich warunkach trafi raczej w próżnię. Ochota do kupowania jest u nas wciąż silna i nic nie wskazuje, żeby słabła. Mimo rosnących wskaźników poziomu życia wciąż daleko nam do zachodniej Europy i ciągle gonimy ten poziom. Polski rynek odzieżowy postrzegany jest jako rozwojowy, pojawiają się nowe marki, sklepów przybywa. Z danych Eurostatu wynika, że udział wydatków na modę w krajach europejskich spada, a w Polsce rośnie. Polak wydaje na ubrania rocznie około 300 euro, cztery razy mniej niż uśredniony Europejczyk, ale wiadomo także, że zarabia mniej niż tam się zarabia. Kupuje zatem nowe, ale także używane. Według danych GUS ponad 10 mln dorosłych Polaków ubiera się w sklepach z odzieżą używaną.

Do second handów nie trzeba nas namawiać. Od kiedy zaczęły powstawać, czyli w roku 1989 (socjalistyczna gospodarka, nigdy by się nie zniżyła do tego, żeby sięgnąć po stare ciuchy z Zachodu) cieszą się niesłabnącą popularnością. Nabywcy dzielą się na dwie grupy: pierwsi to ci, którzy uważają, że można tam znaleźć bezcenne okazy tzw „markowych” ciuchów. Rzeczy wyjątkowe, dobrej jakości. Słowo vintage jest zresztą kluczem do zrozumienia współczesnej mody, która zwątpiła we własne siły twórcze. Ucieka się do niekończących się układanek z tego, co już było zmieniając tylko kolejność elementów. Ale co to właściwie znaczy „markowe”? Czy markowe są sieciówkowe marki H&M, Zara, Mango czy dopiero luksusowe Prada czy Dior? Polski klient jest słabo zorientowany, nie zna się na markach, słabo się zna na materiałach, metek nie czyta. Masa używanych ubrań jest już mocno przefiltrowana: lepsze egzemplarze trafiły do second handów z wyższej półki, gdzie ceny rzeczy używanych są tylko niewiele niższe niż nowych. W internetowym sklepie Vestiare Collective torebka Chanel kosztuje od dwóch do dziewięciu tysięcy zł, Louis Vuitton około trzech tysięcy.

Drugą, większą grupę klientów sklepów z używaną odzieżą stanowią ludzie niezamożni, którzy szukają tam nie modnych, ale po prostu potrzebnych ubrań. Ci niespecjalnie patrzą na metkę, ważne jest żeby ciuch był w dobrym stanie, praktyczny i niedrogi. Dobrze, że chociaż część używanych ubrań dostaje nowe życie, chociaż przykro, że polska emerytka musi donaszać rzeczy po niemieckiej, bo na nowe ją nie stać. Wiadomo, że lumpeksy są salonami odzieżowymi dla ludzi starszych.

Ale co dzieje się z resztą używanych?

Przemysł tekstylny produkuje rocznie 100 miliardów ton ubrań. Apetyt konsumentów na nowości napędzany trendami jest nienasycony. Ta masa nas zalewa. Ile by się nie sprzedało, i tak nie sprzeda się wszystkiego. Nowa kolekcja czeka, trzeba zrobić zrobić dla niej miejsce.

Kiedyś firmy odzieżowe produkowały cztery kolekcje rocznie. Teraz dwa razy w miesiącu pojawia się nowa kolekcja. Niektóre marki mają ich nawet 24! Sandały w styczniu, ciepłe płaszcze w lipcu. Kupowanie ubrań nie wynika z potrzeby, stało się przyjemnym sposobem spędzania wolnego czasu. Do centrum handlowego idzie się na spacer. Ale w miarę jak wzrasta produkcja, wzrasta też ilość odpadów- tkanin, skóry, syntetycznych materiałów.

W telewizji ARTE można obejrzeć film dokumentalny „Śmieciowe ciuchy. Co zamiast”. Autorzy podjęli w nim temat, od którego ucieka fashion biznes. Co się dzieje z używaną odzieżą? Gdzie się podziewa? Czy można ją przetworzyć? Marketingowcy mody mają pełne usta sloganów ekologicznych. Słowa ekologia, zrównoważony rozwój, recykling stały się doskonałymi chwytami reklamowymi. Młody klient jest czuły na wszystko, co dotyczy środowiska. W czasach alarmu klimatycznego, topnienia lodowców, szybujących w górę temperatur obowiązuje wstrzymywanie się od mięsa, nieużywanie foliówek i plastikowych słomek. Zachęca się do zmniejszenia konsumpcji, do minimalizmu.
Ale przemysł fashion produkcji ograniczyć nie zamierza. Fetysz wzrostu gospodarczego ma się dobrze. Jeśli będziemy kupować mniej, a przemysł będzie produkować tyle samo, lub więcej, to co się z tym towarem stanie? Co z używanymi ubraniami, które jeśli wierzyć statystykom, wkłada się pięć lub siedem razy i potem wyrzuca?

Gdy przejrzeć ofertę sieciowych sklepów, można zauważyć, że większość oferowanych tam artykułów jest uszytych z syntetycznych tkanin. Im droższy sklep, tym mniejsza ilość plastiku w ubraniach, jednak i tam go znajdziemy. W Zarze poliester zawiera 56 %bluzek, w marce Tommy Hillfiger -14%. Wełna, jedwab przeszły do oferty „premium”. Poliester, polakryl, elastan – produkty ropy naftowej mają 60% udział we współczesnej produkcji odzieżowej. Umożliwiają szybką i tanią produkcję. Słabej jakości wełna rwie się na maszynach dziewiarskich, wzmocniona 20 procentami poliestru lub akrylu staje się gładsza i mocniejsza. Popularność syntetyków podbija jeszcze moda na sportowy styl ubierania, która opanowała całą branże. Sportowe ubrania impregnowane są chemikaliami. Plastikowe stroje do biegania, do jogi, aerobiku nosi się na co dzień.

Produkcja poliestru pochłania mniej wody niż wytwarzanie bawełny, za to wymaga więcej energii w postaci opału i oleju. To włókno ma zalety nie do podważenia we współczesnym życiu. Tanie, praktyczne, trwałe, nie gniotące, odporne na plamienie, szybko schnące. Jednak jest nieprzewiewne, elektryzujące, w upale lepi się do ciała. Wprawne oko umie rozróżnić ubranie poliestrowe od uszytego z naturalnych włókien, choć to sztuczne czasem kosztuje więcej niż naturalne.

Jak skończą te ubrania? Trafią do składów odzieży wyrzuconej. „Dawniej proporcja ubrań dobrej jakości i złej była opłacalna – dobry towar finansował zły.” mówi pracownik firmy zajmującej się utylizacją ubrań w filmie telewizji ARTE. -Warto było to przetworzyć. Teraz jest inaczej. Z masą tych rzeczy nie ma co zrobić. Nikt ich nie chce. Z bawełny można zrobić szmaty, ścierki z poliestru do niczego się nie nadają. Nasza branża opada z sił.
Zachód pozbywa się swoich odpadów. Jak podaje GUS, w roku 2014 import odzieży używanej do Polski miał w 2014 roku wartość 451 mln zł (145 mln dolarów). Jesteśmy pierwsi na liście odbiorców brytyjskich ciuchów z drugiej ręki. Za nami jest Ghana, Pakistan i Ukraina. Amerykanie swoje kontenery z ubraniami wysyłają przede wszystkim do Kanady, Chile, Gwatemali i Indii.

W książce “Clothing Poverty: The hidden world of fast fashion and second-hand clothes” Dr Andrew Brooks, wykładowca londyńskiego King’s College pisze, że używane białe koszule po yuppies z City najlepiej wysłać do Pakistanu, gdzie kupią je tamtejsi prawnicy. Ciepłe płaszcze sprzedają się w Europie Wschodniej, lekkie ubrania idą do Afryki. W Kenii i Tanzanii na używaną odzież mówi się „kafa ulaya”, czyli ubrania białych umrzyków…
Jednak zarówno w Polsce, jak w Afryce rynek się nasycił. Niektóre kraje rozważają zakaz importu używanych ubrań”.Używanymi ubraniami pomagamy biednym –tak myślimy- przecież na kontenerach rozsianych po kraju namalowany jest czerwony krzyż. Tak nie jest – obrót używaną odzieżą to przede wszystkim wyraz marnotrawstwa zasobów. Produkujemy i kupujemy za dużo.

Recykling też nie jest zamkniętym obiegiem. Ma sens tylko wtedy, jeśli do starego materiału doda się 60% nowego. Ale przędzalni które by potrafiły poradzić sobie z tym procesem jest niewiele. Wyprodukowanie nowego ubrania jest tańsze niż recykling starego. Spalanie śmieci kosztuje. Wiele krajów rozważa wprowadzenie opłat za utylizację używanych ubrań. Niewykluczone, że niedługo kupując nową rzecz, będziemy musieli zapłacić za jej utylizację.
Inny problem to mikroplastik, maleńka cząsteczka poliestru. Nasza kurtka z polaru jest puszysta dzięki temu, że specjalne maszyny porozrywały jej włókna, aby stały się bardziej puszyste. W każdym praniu te włókna uwalniają się -nasza kurtka traci od 5 do 20% wagi. Cząsteczki, o średnicy poniżej 5 mm razem z praniem płyną do ścieków, trafiają do wody i gleby.

Slow nie jest slow

Jeszcze do lat 70 ubrania były drogie, w Polsce również trudno dostępne i trudne do zdobycia. Nie było trendów – moda zmieniała się raz na jakiś czas, zazwyczaj trwała parę sezonów. Ubranie trzeba było szanować. Dziewczynki nosiły fartuszki, żeby nie pobrudzić sukienek, w szkołach także obowiązywał fartuszek – także chłopców. Pamiętają to jeszcze dzisiejsi czterdziestolatkowie, którzy chodzili do szkół w latach 80. Te fartuszki, niezbyt lubiane przez uczniów, jak każda rzecz obowiązkowa, służyły nie tylko dla celów socjalistycznego egalitaryzmu, miały także względy praktyczne. Rzadziej prane ubranie po prostu mniej się niszczyło. Ubrania przerabiało się, nicowało. Sama nosiłam płaszcz po tacie przerobiony i przenicowany na drugą, mniej zniszczoną stronę. Kto dziś w ogóle zna słowo: nicować? Może najstarsze krawcowe…

„Naprawiajmy, cerujmy, mówi Oxfam” Ale jak? Tamte ubrania nie były z poliestru, były z wełny, płótna, bawełny. Mogły mieć wiele wcieleń. U mnie w domu wełniane swetry i skarpetki mama odkładała na kupkę, a gdy uzbierała się tego pewna ilość, oddawała do gręplarni, gdzie je darto na puszyste kawałki, potem odbarwiano, czyszczono i robiono z tego wełniane kołdry. Że były ciężkie, to inna sprawa. Dzisiaj przyzwyczajeni do lekkich, puchowych, nie chcielibyśmy już takich. Nasza epoka lubi wygodę. Kto cerowałby skarpetki na „grzybku”? Dzisiaj z jedną dziurą trafiają do kosza.

Ale tamto było prawdziwą slow fashion. Dzisiaj to nic więcej, jak slogan reklamowy.
Podobnie jak conscious, sustainability. Złote usta marketingowców są pełne tych zaklęć, które mają odmienić życie na planecie.

Co rok w Warszawie odbywają się targi Slow Fashion. „Celem Grupy Slow, organizatora targów, jest promowanie idei lepszej mody, odpowiedzialnych wyborów i świadomej konsumpcji” – reklamują imprezę jej organizatorzy na stronie internetowej. Ale gdy obeszłam stoiska w Warszawskim Koneserze zobaczyłam dobrze mi znaną polską rzeczywistość. Stoiska niewielkich, na ogół młodych firm polskich firm oferują rzeczy uszyte z tanich materiałów, jak najprościej skrojone, żeby uniknąć konstrukcji kilku rozmiarów, bo to trudne. Najlepiej w jednym rozmiarze XL, który na wszystkich ma pasować…Na wszystkich, czyli na nikogo.

Króluje poliester i jego mieszanki. Wełna jest wielką nieobecną. Ale jak ma być inaczej, skoro dobrej jakości tkaniny są bardzo drogie? Wysokogatunkowa wełna, jedwab, bawełna dobrej jakości. Kto kupi płaszcz za kilka tysięcy, skoro w sieciówce można go mieć za 200 zł?

Jedno jest pewne: rzeczy prezentowanych na SF nie da się nosić latami. Ubranie, które ma trwać, nie może być tandetą.

Przykład, jak system trendów i fast fashion zepsuł rynek i zmienił nawyki widać choćby na przykładzie Londynu. Kilkanaście lat temu jedną z głównych ulic handlowych Regent Street wypełniały sklepiki z typową produkcję „british”. Wełny w belach, swetry, szaliki, szkockie berety z pomponem…Trochę to było wszystko pamiątkarskie, ale jakości przyzwoitej. Teraz te sklepiki wymiotło- na Regent są już tylko sieciówki. Tamte rzeczy zjechały do niszy.

Przeniosły się do małych uliczek, albo do internetu. Mają dobry towar, dość wysokie ceny i klientów, którzy doceniają jakość, a nie nazwisko gwiazdki rocka firmującej kolekcję.

Podobnie stało się w innych wielkich stolicach światowej mody: Paryżu, Mediolanie, Florencji.
Ale w tamtych krajach istnieje wciąż cała gama bardzo dobrej jakości produktów mody: ubrań, galanterii, obuwia. Tych marek nie reklamuje się w magazynach mody. Szerszej publiczności są mało znane.

Jakie jest wyjście?

Tak, trzeba zmienić nawyki. Mniej kupować, produkować trwalsze rzeczy. Ale nagły odwrót od chemii i przejście na włókna naturalne wydają się mało realne. Tak jak świata nie da się nakarmić żywnością bio, tak nie da się go ubrać w wełnę. Ciepłą w zimie, chłodną latem, przewiewną, lekką. Ale nie tanią. Od kiedy kaszmir wszedł na masowy rynek, stepy wysokich Himalajów rozdeptane są przez stada kóz, których z każdym rokiem przybywa. Wełna z jaka, zwierzęcia żyjącego w wysokich górach Tybetu, ciepła miękka i tańsza od kaszmiru może stać się alternatywą. Ale gdy luksusowa marka Hermes chciała kupować wełnę od tybetańskich górali, to oni postawili warunki co do jakości, ilości i ceny.

Naukowcy i przemysł tekstylny pracują nad nowymi technologiami. Ale już nie takimi, jak wełny bielskie, po których płaczemy. Były trwałe, ale grube, ciężkie. Dzisiaj nikt nie zechciałby ani płaszcza, ani garnituru z takiego materiału. Czasy się zmieniły, potrzeby i wymagania też.

Bohaterka dokumentu ARTe Franziska Uhl eksperymentuje z wełną z sierści … psów. „Chiengora” nie jest tylko ciekawostką przyrodniczą i zabawą dla niedorosłych „zielonych”. Po upraniu i przędzeniu psia sierść daje włóczkę ciepłą i delikatną. Wiem coś o tym, bo z mojego mojego psa rasy golden retriever co kilka dni wyczesuję sporą torebkę miękkiej sierści. Miałabym już z tego niezły sweter.

Autorzy

Joanna Bojańczyk

Joanna Bojańczyk

Autorka tekstu wyróżnionego w 10. edycji konkursu ,,Pióro odpowiedzialności” w kategorii artykuł tematyczny: ,,odpowiedzialna konsumpcja i produkcja”.Tekst zatytułowany „Świat utkany z poliestru” ukazał się pierwotnie w  dzienniku Rzeczpospolita Plus Minus, 5-6.10.2019.