Sen o idealnym mieście

Artykuł „Sen o idealnym mieście” Pauliny Wilk zdobył wyróżnienie w 5. edycji konkursu Pióro odpowiedzialności w kategorii „artykuł prasowy – media drukowane”. Pierwotnie tekst ukazał się na łamach „Tygodnika Powszechnego” w dniu 20 lipca 2014 roku.

W Azji i Afryce powstają urbanistyczne laboratoria przyszłości, sterowane przez inteligentne systemy. Technologicznym wizjom zagrażamy jedynie my – niedoskonali ludzie.

Przyszłość wydarzy się w miastach – zgadzają się co do tego futurystyczni marzyciele, urbaniści, a także politycy, technolodzy i biznesmeni. Przekonanie o nieuchronnym boomie miast, ich decydującym wpływie na los planety, jest dogmatem globalnego rozwoju. Od pół wieku miasta na całym świecie gwałtownie pęcznieją. Już teraz połowa ludzkości żyje w ich granicach, a gdy w roku 2050 będzie nas dziewięć miliardów, ten odsetek urośnie do 75 proc.

Do tego czasu zmianie ulegną też same miasta – opanują ogromne obszary. Wyjdą z siebie nie tylko w wymiarze przestrzennym, ale przede wszystkim społecznym i organizacyjnym. Zatracą granice – niemożliwe będzie już klarowne rozróżnienie na tereny miejskie, wiejskie czy przemysłowe. Miasta przejmą nowe funkcje, dotąd kojarzone ze środowiskiem naturalnym, jak uprawa zbóż i produkcja żywności. A jako świetnie skomunikowane, gigantyczne strefy biznesowe skumulują niewyobrażalne wręcz zasoby, zyski i możliwości. Mogą więc stać się potężniejsze niż państwa.

Wyobrażenia miejskich olbrzymów, połączonych sieciami betonowych, podniebnych i wirtualnych autostrad, nie są kwestią przyszłości. Najodważniejsze projekty nowych, inteligentnych miast rodzą się już w Azji i Afryce. Tam, gdzie szybko rosnąca populacja stanowi wielki potencjał, ale też wymusza zmiany.

Fabryka szczęścia

Dholera, z trzech stron otoczona wodą, przeżywała lata świetności w XVIII stuleciu jako jeden z prosperujących portów u zachodnich wybrzeży Indii. Dogodnie położona w zatoce, pozwalała bezpiecznie ładować statki i wysyłać je na Morze Arabskie i dalej, do Afryki i Europy. Okolice miasta nie zmieniły się od stuleci – przez kilka miesięcy w roku są albo pokryte słoną morską wodą, albo wysuszone i spękane, przesłonięte warstwą solnego osadu. Co roku morze pochłania centymetr lądu. Rolnicy z trudem uprawiają tu bawełnę, proso, kminek. Pejzaż jest bury i monotony, gdzieniegdzie z pustki wyrastają chaty zamieszkiwane przez wielodzietne rodziny. Ale los ponad 20 okolicznych wsi i 40 tys. mieszkańców, jest już przesądzony. Właśnie tu powstanie biznesowy raj dla spragnionej sukcesu indyjskiej klasy średniej. Nowa Dholera zajmie 900 kilometrów kw. (dwukrotnie więcej niż Bombaj, w którym dziś mieszka około 20 mln ludzi), ponad połowa tego obszaru zostanie zabudowana supernowoczesnymi wieżowcami, biurowcami oraz zakładami produkcyjnymi i przemysłowymi. Głównym budynkiem będzie Dholera Trade Center – trzy pozłacane stożki, przypominające skrzyżowanie hinduskiej świątyni z operą w Sydney. W planie jest budowa dzielnic biznesowych, których rezydenci będą chodzili do pobliskich biur piechotą, a także wygodnych sektorów mieszkalnych, otoczonych zielenią, spektakularnymi marinami i ciągami komunikacyjnymi. Powstaną też szpitale, uczelnie, centra handlowe, parki rozrywki, strefy relaksu i kompleksy sportowe. W tym mieście, powstającym za pieniądze indyjskich i japońskich inwestorów, nie zabraknie niczego. W każdym razie taki jest plan.

Budowanie przyszłości od zera pozwala na udogodnienia i rozwiązania niespotykane w istniejących już metropoliach. Różnica polega na tym, że nowe technologie są wbudowywane w infrastrukturę, będą stanowiły esencję przyszłego miejskiego życia.

Każdy z budynków Dholery zostanie skomputeryzowany i połączony z innymi domami. Dzięki wszechobecnym czujnikom, nadajnikom i kamerom, kontrolowana i optymalizowana będzie ilość zużywanych zasobów: gazu, prądu, wody, wyrzucanych śmieci. Mieszkańcy zostaną połączeni nie tylko ze sobą, ale też z urządzeniami, co pozwoli im zdalnie zawiadować swoim życiem (np. regulować temperaturę w mieszkaniu czy wybierać najdogodniejszy parking). Dholera ma być miastem w pełni ekologicznym, oszczędnym i wydajnym, co znaczy, że potężną część energii uzyska ze źródeł odnawialnych, ale też produkować będzie małe ilości odpadów i zanieczyszczeń, ponieważ większość z nich zostanie przerobiona i ponownie wykorzystana. Na obrzeżach miasta staną parki wiatraków i baterii słonecznych. Czystą wodę (i imponujący widok z okna) zapewni sztuczny zbiornik stworzony przy potężnej tamie. Mieszkańcy nie zaznają hałasu, tłoku ani spalin, a to dzięki centralnemu sterowaniu ruchem ulicznym. Na lotnisko błyskawicznie zaprowadzi metro, a do Bombaju czy Delhi – sześciopasmowa autostrada.

Gra w zielone

Dholera ma stać się nie miastem, a globalnym centrum biznesowym, stanowiącym serce jeszcze potężniejszego założenia – korytarza przemysłowego, łączącego Delhi z Bombajem. Pomiędzy nimi, przez sześć indyjskich stanów, pobiegnie autostrada i magistrala kolejowa. Ta linia nazywana jest rdzeniem. Wzdłuż niego powstanie szeroki na 300 km pas przemysłowy, wypełniony zakładami produkcyjnymi wszelkich specjalizacji. Dogodne usytuowanie fabryk pozwoli błyskawicznie transportować ich produkcję nie tylko do dwóch istniejących już metropolii, ale też portów i 24 innych zielonych miast regionu. Dholera będzie największym z nich, wyposażonym w lotnisko, obsługujące pasażerów z całego świata.

Tym samym rodzi się gigantyczny mechanizm – superwydajny węzeł ośrodków produkcji, transportu, usług i eksportu. Zgodnie z obietnicami pomysłodawców Dholera będzie także wyjątkowo komfortowym miejscem do życia. Jej budowa właśnie się zaczyna. Jest możliwa dzięki połączeniu władzy politycznej i prywatnych nakładów. Narendra Modi, od dekady rządzący stanem Gudżarat, jest entuzjastą biznesu – przyciąga kontrahentów, uczynił z regionu doskonałą wizytówkę gospodarczą kraju, a teraz ubiega się o fotel premiera Indii. Stara się przekonać miliony wyborców, że pod jego rządami całe państwo podzieli sukces jego lokalnej ojczyzny.

Mówi się, że to właśnie zwycięstwo partii Modiego w wyborach parlamentarnych będzie najlepszą gwarancją powstania Dholery, ale już obecny rząd okrzyknął ją silnikiem indyjskiej gospodarki. Według raportu instytutu McKinsey Indie potrzebują pilnie 20-30 nowych miast, by wchłonąć coraz większą i ambitną populację. W Indiach panuje entuzjastyczna wiata w zielone miasta. Rzeczywistość może jednak okazać się mniej spektakularna. Ziemia pod budowę Dholery kupowana jest dzięki specjalnym regulacjom, ignorującym prawo rolników do otrzymania rekompensaty. Część inwestorów już się wycofała, zrezygnowano z budowy nowego portu – kluczowego dla eksporterów, zaś urbaniści ostrzegają, że koszty osuszenia terenu pod budowę będą wyższe, niż zakładano. Największe wątpliwości budzi jednak dotychczasowe doświadczenie Hindusów w tworzeniu miast – metropolie nad Gangesem są kwintesencją fatalnego zarządzania, marnej infrastruktury, niedoboru zasobów i ekologicznej katastrofy. Nawet jeśli uda się wybudować nową Dholerę pozostanie trudniejsze zadanie nauczenia ludzi korzystania z tej innowacyjnej przestrzeni. Bycie obywatelem miasta przyszłości wymaga zupełnie nowych kompetencji – zmiany postaw na odpowiedzialne i mniej samolubne. Popularne wśród urbanistów powiedzenie brzmi: “Inteligentna technologia już tu jest, ale czy potrafimy mądrze z niej korzystać?”.

Laboratorium na piasku

Odpowiedzi na to pytanie od kilku lat szukają budowniczy, technolodzy i kilkusetosobowa doświadczalna grupa mieszkańców przyszłości pod przewodnictwem Normana Fostera, architekta o globalnej renomie, który zaprojektował wiele słynnych budynków, a teraz odpowiada za tworzenie doskonałego miasta. Kilkadziesiąt kilometrów od centrum Abu Zabi, na skraju Pustyni Arabskiej, materializuje się najbardziej zaawansowany pomysł ekologicznego i inteligentnego miasta – Masdar.

To pierwsze miasto, które w ogóle nie emituje dwutlenku węgla i nie produkuje odpadów. Na pierwszy rzut oka przypominać będzie XX-wiecznych przodków: niska zabudowa, inspirowana arabskimi stylami architektonicznymi, zostanie rozproszona na wiele lokalnych centrów. Wąskie, ocienione alejki umożliwią wygodne piesze podróże do sklepów, szpitali i biur. A gdyby nawet trzeba było ruszyć do innej dzielnicy, wszędzie w promieniu 250 m znajduje się stacja komunikacji miejskiej. Tylko jedna na dziesięć podróży po Masdar odbywana będzie samochodem, reszta: pieszo, rowerem lub należącym do miasta bezzałogowym samochodem elektrycznym, który można przywołać za pomocą SMS-a. Samochody będą reagowały na zamówienia i opracowywały najbardziej efektywne trasy. Nazywane Zipcar lub Whipcar, będą napędzane elektrycznie, bezpłatne, pozbawione kierowcy, a do tego – bezwypadkowe. Równie mądre okazać mają się tamtejsze biura i apartamenty, informujące swych rezydentów o uszkodzonej uszczelce powodującej utratę wody czy konieczności podlania roślin na tarasie. Miasto zasilane będzie energią słoneczną, geotermiczną i pochodzącą z recyklingu. Woda będzie odsalana.

Masdar to żywe laboratorium przyszłości – wymarzony adres dla eksperymentatorów i badaczy. Powstała tu filia Masachussetts Institute od Technology, jego specjaliści skupiają się na doskonaleniu trwałości i ekologicznej samowystarczalności miast. Tu swą siedzibę stworzy IRENA – Międzynarodowa Agencja Energii Odnawialnej. W Masdar codziennością zarządzać będzie internet rzeczy, czyli zaprogramowana komunikacja pomiędzy urządzeniami – światła uliczne zmienią się w zależności od liczby oczekujących, a zapełnione śmietniki wyślą centrali sygnał o konieczności opróżnienia. Technologię, dzięki której Masdar zapewni ludziom wyższą jakość życia, a zminimalizuje straty i frustracje, opracowują tacy giganci jak: IBM, Cisco, Samsung czy Microsoft. Eksperymentalny projekt urbanistyczny na pustyni jest dla nich doskonałym środowiskiem do testowania pionierskich rozwiązań.
Według krytyków – to zaledwie próba przed globalnym szturmem wielkiego biznesu na nasze codzienne życia. Już dziś tzw. smart cities (inteligentne miasta) uznawane są za dochodową i rozwojową gałąź przemysłu. Jej wartość szacowana jest od 400 miliardów do 3 trylionów dolarów. Masdar – fantastyczna przestrzeń doświadczalna, w której rodzi się przyszłość, jest więc również czymś innym – inkubatorem nadchodzących zysków. Na razie mieszka w niej zaledwie garstka ochotników, którzy w badaniach deklarują trudności z zaadaptowaniem się do świata, w którym nieustannie śledzą ich czytniki i kamery, a za oknem widać tylko pustkę.

Globalny kryzys finansowy spowolnił realizację wizji Fostera – budowa rozpoczęta w 2006 roku powinna się zakończyć za rok, ale przesunięto ją o dekadę. Bezszelestne Zipcary wciąż jeżdżą tylko w wirtualnych prezentacjach. Zrezygnowano też z fundamentalnego rozwiązania – Masdar miał zostać zbudowany na platformie umożliwiającej całkowity recycling odpadów i odsalanie wody. Ale budowa posuwa się naprzód i nawet jeśli część futurystycznych zamierzeń trzeba przyciąć do dzisiejszych możliwości, eksperyment można uznać za udany. Przynajmniej w wymiarze finansowym – powstaje prototyp nowej gałęzi biznesu, która będzie implementowana na całym świecie.

Prywatne utopie

Inteligentne miasta wydają się niezbędne nawet tam, gdzie postęp dokonuje się najszybciej. Zaledwie 65 km od Seulu, jednego z najbardziej zaawansowanych w rozwoju miast na świecie (zachwyca m.in. metrem wyposażonym w superszybkie łącze internetowe i inteligentne ekrany informacyjne), powstaje jeszcze doskonalsza wersja zurbanizowanego jutra. Songdo od 2009 r. jest budowane na sztucznej wyspie na Morzu Żółtym. Docelowo ma w nim zamieszkać 65 tys. ludzi, a 300 tys. będzie tu dojeżdżać do pracy. Wygodne połączenie z międzynarodowym lotniskiem pozwoli w zaledwie trzy godziny przenieść się do kluczowych miast Chin, Japonii czy Rosji. Zresztą latać nie trzeba – w każdym skomputeryzowanym domu zainstalowane zostały ekrany do wideokonferencji. Centralne sterowanie zużyciem zasobów zapewnia miastu ekologiczną i energetyczną stabilność, replika Central Parku pozwala cieszyć się ciszą i świeżym powietrzem, podobnie jak 26 km ścieżek rowerowych i imitacje weneckich kanałów wodnych. Songdo jest prywatną inwestycją (największym tego typu przedsięwzięciem realizowanym bez środków publicznych), jego stworzenie kosztowało 40 miliardów dolarów, ale dziś mieszkańcy zajmują zaledwie 1/5 dostępnych mieszkań i biur. Dlatego działalność w mieście zaczynają cztery prestiżowe i specjalistyczne uczelnie – mają przyciągnąć młodych, przyszłych obywateli doskonałego miasta.

Kłopoty z zaludnieniem ekskluzywnej i technologicznie zaawansowanej utopii mogą mieć także inwestorzy, za sprawą których w pobliżu Lagos, stolicy Nigerii, na sztucznej wyspie wyrasta właśnie Eco Atlantic , czyli “Hongkong Afryki”. Ten nowoczesny i drogi kompleks urbanistyczny, otoczony murem zbudowanym ze 100 tys. betonowych bloków chroniących przed powodzią, jeszcze nie powstał, a już otoczony jest ponurą legendą. Zapowiada się bowiem na sprywatyzowaną strefę zamieszkałą wyłącznie przez zamożnych, których komfortu strzegł będzie nie tylko mur, ale też armia uzbrojonych ochroniarzy i wysokie ceny apartamentów. W Lagos, mieście do którego co dzień przybywa 58 nowych mieszkańców, trudno o czystą wodę pitną, elektryczność, dach nad głową. Slumsy stoją na podmokłych i regularnie zalewanych terenach, a 100 spośród 170 milionów Nigeryjczyków żyje za dolara dzienne. Dlatego finansowane przez libańskiego inwestora (i doradcę byłego dyktatora Nigerii) supermiasto nazywane jest pomnikiem chciwości i obojętności zamożnych.

Chwiejne państwo-miasto

Nigdzie jaskrawych różnic społecznych, uważanych za główne zagrożenie dla stabilności wielkich miast, nie widać tak dobrze jak w Chinach. W 2030 roku aż miliard Chińczyków będzie mieszkać w miastach, ale wielu to przyjezdni z prowincji, formalnie zarejestrowani jako rolnicy i pozbawieni dostępu do usług publicznych, edukacji czy opieki zdrowotnej, a więc kluczowych zalet miejskiego życia. Pochodzące z końca lat 50. XX w. przepisy miały zniechęcać do migrowania, ale nie powstrzymały zmian i dziś służą jedynie dyskryminacji, nasilają napięcia i hamują rozwój mieszkańców miast. W języku biznesu oznacza to, że niebotyczne poziomy konsumpcji, jakie mogłyby rozwijać się w miastach, pozostają uśpione. W języku codzienności – że miliony ludzi żyją uwięzione między beznadzieją a szansą, niepewne jutra, pozbawione przynależności i tożsamości. Ich frustracja rośnie i chińskie władze są tego coraz bardziej świadome.

Chiny realizują najambitniejszy w skali globu projekt urbanistyczny – zmieniają się w olbrzymie państwo-miasto. Tworzą jednocześnie kilkadziesiąt wielomilionowych miast, połączonych siecią szybkiej kolei, która pozwala kurczyć rzeczywistość. Możliwe jest pracowanie w miejscu oddalonym o 600 kilometrów od domu i zasypianie co dzień we własnym łóżku. Jednak większość tych miast rozwija się według kosztownego i koszmarnego modelu, wymagającego wielkich zasobów energii i zanieczyszczenia środowiska. Chiny prześcignęły USA i są dziś największym producentem dwutlenku węgla na świecie. Od tego, czy uda się zaadaptować ekologiczne i oszczędne rozwiązania zależy przyszłość i stabilność kraju. Im niższy poziom życia w zatłoczonych, duszących miastach, im bardziej zanieczyszczona żywność i woda, tym bliżej do wybuchu społecznego niezadowolenia.

Budowaniu miast przyszłości towarzyszą idealne założenia, według których możliwe jest szczęśliwsze życie. W doskonałym świecie jesteśmy lepiej poinformowani, dzięki czemu podejmujemy lepsze decyzje i zyskujemy więcej, wykorzystując minimum zasobów. Sami uprawiamy warzywa w wieżowcach, do pracy jeździmy rowerem, nasze rury rozróżniają wodę brudną od pitnej, a my dbamy o miejską infrastrukturę i dostrzegamy potrzeby innych. Dzielimy się dobrami z sąsiadami, porzucamy fascynację własnością na rzecz wspólnego zarządzania zasobami. Dzięki temu wszyscy funkcjonujemy w zdrowszym, czystszym i sprawiedliwszym świecie, w którym możliwości i zyski są równomiernie dystrybuowane.

To najtrudniejsza w realizacji część projektu przyszłości, zakłada bowiem niemal całkowite odwrócenie dominujących dziś trendów, czyli rosnącego zainteresowania zyskiem i pomnażaniem własności. Podstawowa sprzeczność każąca wątpić w spełnienie snu o idealnym mieście to ta, że najodważniejsze projekty urbanistyczne tworzone są z myślą o ludziach biznesu i klasie średniej. Dla nich kluczową motywacją jest chęć posiadania i indywidualny zysk, czekają więc na spełnienie wizji o mieście, w którym będzie można produkować i konsumować bez końca. Kłopot w tym, że miasta dla miliardów ludzi projektuje dziś garstka wpływowych i zamożnych, abstrahujących od rzeczywistości. Większość świata jest uboga i potrzebuje natychmiastowej poprawy życia w tragicznych warunkach.

Realiści rozumiejący, że spójność społeczna jest niezbędna dla zrównoważonego rozwoju, wskazują, że miasta przyszłości, to po prostu dzisiejszy Londyn, Pekin, i Warszawa, wzbogacone o inteligentne technologie, które służą wszystkim i które wspólnie rozwijamy. W Helsinkach darmowa aplikacja Open113 pozwala mieszkańcom zgłaszać wszystkie dowolne sprawy, od wypatrzonej dziury w jezdni po pomysł na kolorowe oświetlenie publicznego parku. W udoskonalaniu miast najskuteczniejsi jesteśmy my, gdy robimy z technologii dobry użytek. Bo w przeciwieństwie do zobiektywizowanych systemów operacyjnych regulujących naszą przyszłość, bierzemy pod uwagę takie nieocenione cechy miasta jak: wspomnienia, atmosfera, historia i kultura. Inwestorzy nie dostrzegli w nich potencjału biznesowego, więc o ducha miast będziemy musieli zadbać sami.

Paulina Wilk

Paulina Wilk

Pisarka i publicystka. Zajmuje się literaturą i rozwojem globalnym, specjalizuje się w problematyce Indii oraz rejonie Azji i Pacyfiku.

Jej tekst „Sen o idealnym mieście” zdobył wyróżnienie w 5. edycji konkursu Pióro odpowiedzialności w kategorii „artykuł prasowy – media drukowane”. Pierwotnie tekst ukazał się na łamach „Tygodnika Powszechnego” w dniu 20 lipca 2014 roku.