Artykuł ekspercki

Jak korporacje szantażują państwa wykorzystując trybunały arbitrażowe

15 maja 2017
Artykuł Ewy Jakubowskiej-Lorenz, ekspertki Instytutu Globalnej Odpowiedzialności, został nagrodzony w kategorii "środowisko naturalne" za przypomnienie, że Dawid może pokonać Goliata, czyli o wygranej walce Salwadoru z korporacjami, które chciały eksploatować zasoby naturalne nie zważając na negatywne skutki dla lokalnej społeczności i środowiska. Artykuł pierwotnie ukazał się na gazetaprawna.pl, 24 października 2016.

Za sprawą umów TTIP i CETA dużo mówi się ostatnio o tzw. trybunałach arbitrażowych. W tych specjalnych parasądach międzynarodowa korporacja może pozwać państwo, w którym zainwestowała, jeśli uzna, że wprowadzone przez to państwo regulacje zmniejszyły jej oczekiwane zyski. Mechanizm ten znacząco uprzywilejowuje firmy międzynarodowe względem państw i firm rodzimych. Daje korporacjom wyjątkowe narzędzie, by wymuszać „odszkodowania” za suwerenne decyzje rządów podejmowane w interesie publicznym, choćby dla ochrony zdrowia obywateli. Co więcej zdarza się, że z lęku przed wielomilionowymi pozwami rządy powstrzymują się przed wprowadzeniem regulacji chroniących środowisko, prawa pracownicze czy konsumenckie.

W tym systemie coraz częściej pozywane są państwa biedne i to one mają najmniej środków, by bronić się w kosztownych i długich procesach. Równocześnie są one celem bezpardonowej walki korporacji o dostęp do surowców naturalnych. We współczesnej gospodarce, opartej na nieograniczonym wzroście sprzedaży i konsumpcji, popyt na surowce jest ogromny, a jednocześnie ich łatwo dostępne zasoby dramatycznie się kurczą. Firmy przypuszczają więc atak na kraje biedne, by tam – nie zważając na koszty ekologiczne i społeczne – pozyskiwać surowce energetyczne czy minerały niezbędne do produkcji elektroniki, np. złoto. Jeśli coś staje im na przeszkodzie, bez wahania sięgają po system arbitrażu, by szantażować rządy. Doskonałą ilustracją takich działań jest zakończona niedawno przed trybunałem przy Banku Światowym sprawa przeciwko Salwadorowi.

Kraj ten został pozwany na kwotę 284 milionów dolarów (ponad połowa jego rocznego budżetu na edukację) dlatego, że odmówił korporacji zgody na wydobycie złota. Powodem odmowy były uzasadnione obawy, że działalność ta przyniesie obywatelom i obywatelkom więcej szkód niż pożytku. Walka Salwadoru o prawo do tej suwerennej decyzji dotyczącej własnych zasobów na własnym terytorium pokazuje, jak daleko potrafi posunąć się biznes w dążeniu do robienia interesów za wszelką cenę i jak ogromne muszą być determinacja, odwaga i upór rządów, by oprzeć się jego naciskom.

Inwestycyjny boom

Historia tego pozwu sięga lat 90-tych XX wieku, kiedy to Salwador, najmniejsze i najgęściej zaludnione państwo Ameryki Środkowej, bardzo starał się przyciągnąć inwestycje zagraniczne. Rząd liczył, że pomogą one wydźwignąć kraj z ubóstwa. Posiadając spore zasoby naturalne, stawiał zwłaszcza na sektor górniczy. Stawkę podatku od wydobycia obniżono z 3 do 1 proc., a także zwiększono obszar przeznaczony pod kopalnie. W ciągu 15 lat inwestycje w Salwadorze podskoczyły z około 30 milionów do blisko 6 miliardów dolarów, a znaczna ich część dotyczyła pozyskiwania surowców

Wśród inwestorów była kanadyjska firma Pacific Rim, która w 2002 r. dostała koncesję na poszukiwanie złota. Dwa lata później wystąpiła o zgodę na wydobycie, ale jej nie dostała, bo nie spełniła dużej części wymogów formalnych, m.in. rząd nie zaakceptował jej oceny oddziaływania na środowisko. Firma posiadała też prawo do jedynie 13 proc. ziem pod inwestycję, ponieważ znaczna część rolników odmówiła sprzedaży swoich gruntów. Firma próbowała wywrzeć nacisk na rząd, by odstąpił od części wymagań.

Wydobycie surowców – szansa czy zagrożenie?

W tym okresie stosunki Salwadoru z inwestorami zaczęły się znacząco ochładzać. Pod koniec XX wieku coraz więcej zaczęło się mówić o szkodach dla środowiska i zdrowia, jakie wyrządza przemysł wydobywczy. W kilku krajach Ameryki Łacińskiej doszło do poważnych skażeń. Powstały prężne oddolne ruchy, które sprzeciwiają się rozwojowi wydobycia. Należą do nich lokalne społeczności, kościół katolicki, miejscowe organizacje zajmujące się prawami człowieka czy tematyką rozwojową, a także organizacje międzynarodowe (np. Oxfam).

Stopniowo zmieniło się również podejście rządu. W 2006 r. minister środowiska Salwadoru powiedział w parlamencie: „Zezwolimy na eksploatację naszych surowców tylko pod warunkiem, że firmy zneutralizują 100 proc. wyrządzanych szkód, co byłoby praktycznie niemożliwe, gdyż wymagałoby to większych nakładów niż dochody z wydobywanego złota i srebra”

Takie podejście ma mocne uzasadnienie. Złoto wydobywa się obecnie głównie metodą odkrywkową przy użyciu toksycznych roztworów cyjanków, które mogą przenikać do wód gruntowych. Zdarzają się katastrofy tam, utrzymujących wody odpadowe, które powodują poważne skażenie środowiska (doszło do nich w Rumunii i Brazylii). Cyjanki są silnie toksyczne, nawet łyżeczka od herbaty zawierająca ich 2-procentowy roztwór może spowodować śmierć człowieka, zaś ryby wrażliwe są na tę truciznę 1000 razy bardziej. Ponadto kopalnia złota zużywa ogromne ilości wody – przynajmniej 90 tysięcy litrów na godzinę, czyli tyle, ile przeciętna rodzina w Salwadorze potrzebuje przez 20 lat.

Czytaj cały artykuł na gazetaprawna.pl

Autorzy

Ewa Jakubowska-Lorenz

Ewa Jakubowska-Lorenz

Ekspertka Instytutu Globalnej Odpowiedzialności.

Jej artykuł „Jak korporacje szantażują państwa wykorzystując trybunały arbitrażowe” został nagrodzony w kategorii „środowisko naturalne” za przypomnienie, że Dawid może pokonać Goliata, czyli o wygranej walce Salwadoru z korporacjami, które chciały eksploatować zasoby naturalne nie zważając na negatywne skutki dla lokalnej społeczności i środowiska. Artykuł pierwotnie ukazał się na gazetaprawna.pl, 24 października 2016.