Edukacja podstawą dla dobrego funkcjonowania zrównoważonego rolnictwa

Edukacja podstawą dla dobrego funkcjonowania zrównoważonego rolnictwa

Rozmowę z dr Katarzyną Bańkowską z Zakładu Modelowania Ekonomicznego, Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk przeprowadził Tadeusz Joniewicz, menedżer projektów w Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Wywiad pochodzi z publikacji „17 wyzwań dla Polski – 17 odpowiedzi. Co firmy w Polsce mogą zrobić dla realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju?”, wydanej przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu w październiku 2018 roku.

Pobierz publikację >>

***

Zrównoważone rolnictwo to nie jest w Polsce łatwy temat?

Zdecydowanie nie. W Polsce słowo „zrównoważone” jest od razu automatycznie kojarzone ze środowiskiem. I przeciwnicy od razu to piętnują, a zwolennicy ochrony przyrody też skoncentrują się tylko na tej kwestii. Zapominamy, że w zrównoważonym rozwoju chodzi o świadome podejście do procesu produkcji i szukanie optymalnych rozwiązań tak, żeby zrównoważyć koszty społeczne, środowiskowe i ekonomiczne.

Gdybyśmy tak to prezentowali opinii publicznej, to wszyscy się zgodzą. Bo zrównoważone rolnictwo to nie jest odkrywanie Ameryki. My robimy to, co dla naszych dziadków było oczywiste. Optymalizujemy koszty, nie tylko te finansowe, ale też środowiskowe. Wiele rozwiązań, które działały 100 lat temu, teraz odkrywamy na nowo, widząc, że były zrównoważone.

Czyli tak naprawdę naprawiamy to, co w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat popsuliśmy?

Myślę, że w przypadku krajów Europy Środkowo-Wschodniej to naprawienie jest trochę łatwiejsze. To, że byliśmy w pewien sposób zamknięci na przepływ informacji ma swoje plusy. Na przykład nie mamy tak dużych monokultur jak w Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych.

Niemniej jednak w ramach wspólnej polityki rolnej promowane jest zwiększanie bioróżnorodności.

Tak, na przykład w ramach wspólnej polityki rolnej promowane jest wyłączanie pewnych terenów spod uprawy. Ale jeżeli nawet to zrobimy, to tam nie nastąpi w krótkim czasie sukcesja naturalna. Nie będzie tak, że nagle inne organizmy, niekoniecznie roślinne, ale również mikroorganizmy, zwierzęta, napłyną na to miejsce i ono zbliży się do stanu kreowanego przez przyrodę. Jeżeli tylko na krótki okres opuścimy to miejsce od produkcji rolniczej, to owszem tam nastąpi zachwaszczenie, ale efekt środowiskowy nie będzie tak duży jak gdybyśmy pozostawili niezaoraną miedzę, która trwa tam 100 lat, albo oczko wodne, które od wieków było w tym miejscu. Więc efekt środowiskowy, ta wartość dodana nagłego przywrócenia przyrodzie na krótki czas jednego miejsca nie jest duża.

Pytanie, czym jest przywrócenie przyrodzie, bo gospodarka rolna też jest elementem przyrody.

Tak, jest elementem przyrody, i podejmując decyzję czy to na poziomie rolnik-gospodarstwo, czy też kreując politykę rolną musimy o tym pamiętać. I tutaj kłania się zrównoważenie. Z jednej strony kwestie ekonomiczne – dochód rolnika i jego rodziny oraz aspekty społeczne – miejsca pracy czy ceny żywności, a z drugiej strony środowisko. Jeżeli mówimy o zazielenianiu (greening) to często też mówimy o tym, że musimy tworzyć takie miejsca, które będą siedliskiem naturalnych organizmów. Kluczowe jest pytanie w jaki sposób to robimy? Czy – tak jak wspomnieliśmy wyżej – wyłączając krótkookresowo jakiś obszar spod uprawy? Czy zachowując coś, co już istnieje? Musimy rozważyć, co jest dla nas dobre. Czy na pewno warto zaorać miedzę albo zlikwidować oczko wodne? Niekoniecznie, bo to zaburzy nam mikroklimat, zaburzy stosunki wodne w okolicy.

Nie wspominając o gatunkach, które tam mieszkały.

Oczywiście. Natomiast jeżeli w krótkim okresie chcielibyśmy uzyskać dużą produkcję z danego obszaru, na którym uprawiamy jeden gatunek, to stosujemy herbicydy, środki chemiczne i faktycznie zmniejszamy bioróżnorodność wszystkich organizmów, które nie służą bezpośrednio naszej produkcji. Ale to jest patrzenie krótkookresowe. Długookresowo pozbawiamy się pewnych organizmów, które tak naprawdę nam pomagały. Nie chcę użyć słowa – „służyły”. Ta bioróżnorodność nam sprzyja. Najlepszy przykład to chociażby allelopatia, czyli przyjazne sąsiedztwo roślin.

Drugi Cel Zrównoważonego Rozwoju mówi o zachowaniu bioróżnorodności, ale też o zwiększaniu wydajności. Czy nie tkwi w tym sprzeczność?

Jeżeli pan porozmawia z ekonomistami rolnymi wykształconymi w ciągu ostatnich 50 lat, na ogół pan usłyszy, że to jest sprzeczność. Szkoła tych lat była taka, że intensyfikujemy produkcję, wierzymy w postęp techniczny i to przynosi efekty. Teraz zaczynamy dostrzegać, że trzeba zrobić krok wstecz, popatrzeć szerzej i zobaczyć, że są pewne granice intensywności.

Nasz instytut prowadzi w tej chwili projekt „Ciągłość i zmiana. Sto lat rozwoju polskiej wsi”, w którym obserwujemy jak zmieniała się polska wieś przez 100 lat. Na początku XX wieku toczono w Warszawie wielkie dyskusje właśnie na temat tego, jaka jest granica, kiedy ziemię można zmusić, żeby produkowała więcej i jakie to będzie nieść konsekwencje.

Jeżeli popatrzymy na poradniki dla rolników sprzed wieku, to znajdziemy informacje o tym, jak względem stron świata powinny być posadowione dom, obora i stodoła. Jak porównamy ten poradnik z podręcznikiem budownictwa pasywnego czy zero emisyjnego, to okaże się, że tam jest dokładnie to samo. Wtedy przy budowie uwzględniano, w którą stronę będą wyjeżdżały furmanki ze zbożem na handel czy przywożonym z pól, ale też nasłonecznienie, wiatr i odory, które z obory się wydobywają, z której strony powinno być wejście, żeby było mniej much. To jest pewna mądrość pierwotna, ludowa, którą my mieliśmy, a nagle zachłyśnięci zdobyczami techniki stwierdziliśmy, że już nas nie interesuje.

W naszej strefie geograficznej nie mamy problemu niedoboru żywności, więc możemy sobie pozwolić na takie dywagacje.

Mamy to szczęście, że urodziliśmy się na Północy ale jeśli spojrzymy na walkę z głodem, zwłaszcza walkę z głodem na Globalnym Południu,to stoimy przed bardzo znaczącym wyborem. Możemy wykarczować tam lasy, założyć pola uprawne i posiać ryż lub pszenicę, może kukurydzę i próbować powtarzać nasze „północne” modele.

Albo przeciwnie – możemy szukać rozwiązań, które będą dostosowane do tamtej strefy klimatycznej i nie spowodują wypaczenia całego łańcucha produkcji żywności, a zarazem zapewnimy tamtejszym mieszkańcom wyżywienie, miejsca pracy, dochody, rozwój.

Nasza cywilizacja jest cywilizacją konsumpcji. Mamy teraz łatwy dostęp do żywności, żywności produkowanej „łatwo”. Przez to jej nie szanujemy. Natomiast ci, którzy muszą włożyć pewien wysiłek, żeby tę żywność zdobyć, mają zupełnie inne podejście. I trzeba się uczyć w obie strony. My powinniśmy nauczyć się nie marnować żywności, natomiast tam musimy transferować wiedzę, ponieważ mamy dostęp do technologii i wiedzy.

W jaki sposób możemy jako konsumenci wpływać na to by rolnictwo stało się bardziej zrównoważone?

Przede wszystkim trzeba pomyśleć, ile mi tej żywności potrzeba i co będę jeść. Proszę dokonać rachunku sumienia i pomyśleć, ile gatunków pan dzisiaj zjadł. Bo jeżeli moja dieta jest monodietą, to ja automatycznie tworzę popyt i w sklepie będzie dostępnych tylko parę gatunków. Rolnicy odpowiadając na mój popyt będą produkować tylko te parę gatunków. Warto też się zastanowić czy idąc do sklepu kupuję żywność, która pochodzi z mojej strefy klimatycznej? To jest podstawowe pytanie! Jeżeli skrócimy łańcuch dostaw, zmniejszymy liczbę pośredników, to jednocześnie zmniejszamy emisje, ponieważ ta żywność nie musi pokonać tysięcy kilometrów żeby trafić na nasz stół. Poza tym ona zupełnie inaczej smakuje, jeżeli zje pan coś z ogródka, a zupełnie inaczej, jeżeli produkt jechał z daleka i musiał być specjalnie przygotowany na ten przejazd.

Kolejna rzecz to kwestia wody. Tu nie chodzi tylko o ilość energii, która została zużyta, żeby ten produkt trafił do mnie, nie tylko ilość genów, która trafiła do mnie na stół, ale też o sam proces przetwórczy. Polska jest krajem, który ma bardzo duże problemy z zasobami wodnymi – my wysychamy. Musimy pamiętać, że istnieją pewne obiegi w przyrodzie. Obieg wody, materii organicznej, pierwiastków itd. Powinnam jako konsument zadbać, z jednej strony o to, żeby procesy przetwarzania żywności, która do mnie trafia, były jak najmniej wodochłonne, ale mogę też próbować robić pewne rzeczy w domu, żeby tej wody nie wykorzystywać. Jeżeli na przykład umyję warzywa lub owoce, to tę wodę mogłabym jeszcze potencjalnie do czegoś wykorzystać, np. do podlania kwiatów.

Czyli od nas zależy ile energii i wody będzie zużyte przy produkcji spożywczej. Bo na przykład wytworzenie kilograma wołowiny jest bardziej wodo- i energochłonne niż mięsa z kurczaka czy warzyw albo zbóż.

Tak, ale z drugiej strony wytwarzanie mięsa zwierząt ziarnożernych (drób, trzoda) może zwiększać globalne problemy z antybiotykoodpornością. Jeśli bylibyśmy bardziej roślinożerni, to w dużym uproszczeniu ograniczymy emitowanie do środowiska gazów cieplarnianych czy pozostałości leków a także ilość zużywanej wody. Ale – to też jest kwestia zrównoważenia. Zwierzęta stanowią bardzo ważny element obiegu materii organicznej w przyrodzie i nie byłoby dla niej najlepsze gdybyśmy całkowicie zrezygnowali z ich utrzymywania. Tymczasem Polska boryka się z ubytkiem materii organicznej w glebie i ze spadającym pogłowiem zwierząt. I ono spada nie z przekonań ekologicznych, tylko dlatego, że opłacalność jest niska, a zarazem produkcja jest bardzo pracochłonna i kłopotliwa. Na przykład, jeżeli spojrzymy na produkcję mleka krowiego, to hodowca nie może liczyć na żaden urlop. Krowy muszą być o konkretnej godzinie wydojone, bo inaczej to się zemści na ich zdrowiu i tym samym na hodowcy. A my, mówiąc o zrównoważeniu, powinniśmy pomyśleć nie tylko o roli zwierząt w cyklu obiegu materii, ale także o komforcie życia hodowców (np. ich czasie wolnym). Tu nie ma łatwych odpowiedzi, ale mimo wszystko możemy się starać, by nasza konsumpcja była bardziej zrównoważona i bardziej lokalna.

To nie jest przypadek, że kiedyś uprawy owoców, warzyw i mleka były zorganizowane wokół miasta, ponieważ to była produkcja, która wymagała krótkiego dystansu na dostarczenie, dopóki wszystko było świeże. W tej chwili oczywiście my możemy te oba produkty przenosić na dalszą odległość.

Polskie mleko jest bardzo popularne w Chinach…

Dokładnie. A i my bardzo chętnie sięgamy w sklepach po egzotyczne produkty zamiast rodzimych.

Wspomniała Pani o kwestii obiegu materii w przyrodzie. Jakie ma znaczenie dla zrównoważonego rolnictwa?

Warstwa próchnicza to jest coś, o co trzeba cały czas dbać. Gleba to jest żywy organizm. Tam jest ogromna liczba mikroorganizmów, które powodują, że procesy próchniczenia w ogóle zachodzą. My mamy jeszcze to szczęście, że to zjawisko zachodzi w naszej strefie klimatycznej. Są strefy, w których szybciej dochodzi do mineralizacji. My możemy na przykład kompostować resztki z naszego stołu czy trawę ściętą z trawnika i powodować, że ta materia wróci jako materia próchnicza. Dzięki temu wiążemy automatycznie CO2, czyli nie patrzymy tylko na cel związany z głodem, ale też na cele klimatyczne. Próchnica jest świetnym buforem, chłonie wodę jak gąbka, więc dbamy również o wodę, zatrzymujemy ją. A zarazem produkcyjność naszej gleby i jej potencjał do produkowania zostanie utrzymany.

Jeżeli rolnik produkuje i wywozi plony z pola, to nie dziwmy się, że musi tam sypać nawóz. Trzeba w jakiś sposób zwrócić to, co zostało wywiezione. Oczywiście jest kwestia zrównoważenia, czyli tego ile ma dostarczyć, jakie są potrzeby gleby, czy zrobił badania glebowe, jaka jest zasobność jego gleby. Kwestia pH gleby w Polsce cały czas jest problematyczna. Tu też jest wybór, bo nawet jeżeli chcemy zmienić odczyn gleby to możemy to zrobić środkami, które robią to szybko, ale brutalnie. A możemy też zrobić to innymi związkami wapnia, bo tutaj mówimy o wapnowaniu – ale takim powolnym, który nie jest dla
organizmów glebowych szokiem.

Czyli to wymaga dużego przygotowania. Trzeba wiedzieć jakiego rodzaju jest to gleba, co będzie dla niej najkorzystniejsze?

Tak, rolnik to nie jest zawód, to jest misja, styl życia. I faktycznie wymaga zaangażowania, odpowiedniego podejścia, wiedzy i praktyki. Dlatego na początku rozmowy odwołałam się do przykładu naszych dziadków. Zrównoważone rolnictwo wymaga dobrego gospodarza, wymaga zaangażowania, ale wymaga też zaangażowania od strony konsumenta.

Jako producent świadomie dobieram cały proces produkcyjny, ale to wymaga wiedzy. I jeżeli przez ostatnie 50 lat popularyzowaliśmy intensyfikację, to teraz wymaga to nagle powiedzenia: momencik – przypomnijmy to co już było znane i rozsądnie skorzystajmy z dostępnych doświadczeń. Często mówi się, że rolnictwo zrównoważone, albo już idąc dalej – rolnictwo ekologiczne (proszę nie stosować zamiennie tych pojęć) – to jest rolnictwo tradycyjne i niektórzy przyklejają mu krzywdzącą, negatywną łatkę czegoś przestarzałego. Ale to nie tak, bo nowoczesne gospodarstwo może być zrównoważone tak samo jak tradycyjne. Małe może być zrównoważone, ale duże też. To nie jest kwestia podziału: małe – duże. To jest kwestia świadomości i umiejętności użycia wiedzy.

Jaka jest rola firm, które działają w otoczeniu rolników? Firm chemicznych, producentów maszyn rolniczych?

Proces wytwarzania żywności możemy podzielić na cztery etapy: przygotowanie do uprawy, proces uprawy, proces zbioru i proces sprzedaży. Na każdym z tych etapów będzie rolnik i jego otoczenie. Na ostatnim etapie jest także konsument. Ale zwłaszcza na pierwszym etapie potrzebna jest współpraca z dostarczycielami środków produkcji. Z nimi jest potrzebna współpraca na etapie uprawy i częściowo na etapie zbioru.

W tym procesie jest wiele miejsc na podejmowanie decyzji. Na przykład czy wybiorę roślinę samokończącą się, czyli w tym samym czasie wszystkie nasiona dojrzewają, czy użyję środka chemicznego, żeby wywołać ten efekt. Dlatego firmy z otoczenia rolnictwa mają swoją rolę w edukacji (np. na temat odpadów z rolnictwa). Zarówno edukacji producentów rolnych i mieszkańców wsi, ale też konsumentów w miastach. Przykładem mogą być kampanie edukacyjne o odpadach organicznych, które mogą zostać przetworzone, na przykład na biogaz, ale też szkolenia o odpadach takich jak opakowania po środkach ochrony roślin. Firmy, które wytwarzają te środki, starają się uczyć jak postępować z opakowaniami, bądź jak i gdzie je odbierać. To jest cały proces edukacji. Często przeraża mnie tendencja do prostego rozgraniczenia miasto – wieś, gdzie bardzo chętnie potępiamy tylko jedną stronę. I na przykład mówimy, że rolnik chciałby tylko wziąć dopłaty, nic nie robić, a w ogóle to tylko kombinuje jak zatruwać środowisko, dlatego powinien być administracyjnie karany. To nie jest tak. Przykładowo wiedza o środkach chemicznych jest potrzebna tak rolnikowi produkującemu żywność, jak i konsumentowi, który rozpala grilla w ogrodzie (i który chemicznie eliminując komary zabija także potrzebne rolnikowi zapylacze). Podobnie rzecz ma się z kampaniami dotyczącymi gospodarki wodnej – bardzo często mówiąc o nawozach rolniczych myślimy o rolniku jak o trucicielu. Jednocześnie nie zastanawiamy się czy jako konsumenci utwardzając podwórko obok naszego letniego domku nie zmniejszamy zapasów wody w glebie, z której mogłyby korzystać sąsiadujące z nami uprawy. Dlatego tak ważne jest edukowanie wszystkich uczestników rynku i powstrzymanie się od piętnowania którejkolwiek ze stron.

Jeżeli mówimy o Celach Zrównoważonego Rozwoju, to musimy myśleć nie tylko o walce z głodem na Globalnym Południu, ale też o jakości żywności u nas w Polsce, o jej dostępności. W społeczeństwie musi funkcjonować pewien zasób wiedzy przyrodniczej, a wtedy znajdzie się większe zrozumienie dla producentów żywności. Jeżeli ktoś zdecyduje się zostać rolnikiem, to będzie mu wtedy zdecydowanie łatwiej.

Podsumowując, tworzenie zrównoważonego rolnictwa wymaga wzajemnego zrozumienia na wszystkich etapach: rolnik, przemysł, administracja, konsument.